Czarny w okresie rekonwalescencji, a mnie już dupka swędziała z niedojeżdżenia, więc w końcu postanowiłam spróbować dogadać się ze stojącym od tygodni w zasadzie bezrobotnie Emanem. Nigdy na nim nie siedziałam, nigdy nic z nim nie robiłam. Eman jest wielkopolakiem, koniem Ola, robionym parellistycznie przez Ola i naszą koleżankę Agnieszkę. Z ziemi umie więcej i lepiej niż Emiter, z siodła - nie mam zdania. Olo ostatnio zajmuje się głównie tresurą swojego psa i nurkowaniem technicznym, więc Eman zajmuje się od wielu tygodni głównie włóczeniem się po pastwisku lub padoku. Mam do niego pewne uprzedzenia... Zbyt często widziałam Ola efektownie spadającego z emaniego grzbietu... Widziałam też, w jakie galopy potrafi puścić się na pastwisku i jak gwałtownie potrafi uskoczyć w bok na widok przerażającego jałowca czy czegoś podobnie groźnego... Z drugiej strony widziałam, jak pod trzynastoletnią Basią Eman był spokojny, dzielny i zupełnie nieuskakujący i niepłoszący się... Założyłam, że bliżej mi do Basi niż wywierającego dużą presję Ola i spróbowałam.
Z ziemi Eman bardzo ładnie i spokojnie, na pastwisku jakieś próby kołowania mnie, ale spokojnie, pojechaliśmy zatem w teren. Pierwsze i główne zaskoczenie: RUCH. Przyzwyczaiłam się do płasko poruszającego się i raczej sztywno-stabilnego Emitera. Emiter jako całość porusza się minimalnie, to znaczy porusza głównie nogami, tyle, ile trzeba, by przesuwać się do przodu. Nie sprężynuje grzbietem, nie podstawia zadu, nie wygina się na boki. Eman jest ruchliwy jak gąsiennica, porusza się cały i w każdą stronę, podstawia tylne nogi w każdym chodzie głęboko pod kłodę. Dla mnie wrażenie kosmiczne zupełnie, chwiałam się w tym siodle jak taki klaun na sprężynce, który wyskakuje z pudełka. Kłus w terenie ma postać takiego zamaszystego, a jednocześnie bardzo wysokiego zagarniania terenu pod siebie, co powoduje, że towarzyszący nam Siwy natychmiast zostaje w tyle. Na początku jeździłam ten kłus głównie półsiadem :) Dopiero stopniowo, mocno myśląc o tym, jak się ustabilizować i zagłębić w siodło, zdołałam mniej lub bardziej udolnie anglezować. Galop bardzo przyjemny, koń na biegunach, zresztą podejrzewałam, ze tak właśnie jest obserwując go wolno biegającego po pastwisku.
Drugie zaskoczenie, choć przecież widziałam Emana właśnie takiego: wypłoszowatość, która albo wybija Emana jeszcze bardziej do góry, albo powoduje, że niemal chodami bocznymi omija grozę, cały czas idąc naprzód, ale po łuku, na który to łuk wchodzi czasem bardzo dynamicznie i nieoczekiwanie.
I tak naprawdę było mi go żal. Nawet telepiąc się w siodle nie czuję się już zagrożona upadkiem, raczej mocno siedzę, więc nie myślę już tyle o sobie, dlatego myślałam głównie o nim... Pomyślałam, że jemu musi być okropnie beznadziejnie z taką wypłoszowatą duszą... Może nie chodził dawno w teren, jasne. Emiter też się stresuje, denerwuje na przykład wtedy, gdy jesteśmy sami w terenie, jest bardziej czujny, napięty, ale jest w tym jakaś kontrola, z jego strony, mam wrażenie, że on panuje nad sytuacją. A Eman był taki jakiś biedny, niepewny, on nie czekał na niebezpieczeństwo, on cały czas widział je i reagował na nie, w jakiś nietypowych liściach, nie wiem w czym... Szedł do przodu bardzo energicznie, ale była w tym jakaś rozpaczliwa desperacja... Krok szybciej, krok wolniej, szybciej, szybciej, wolniej, każdy krok inny. Emiter jest sangwiniczny, reaguje i szybko wygasza się, między reakcjami idzie raczej po szynach. A Eman nie wygaszał się prawie w ogóle, cały czas niżej, wyżej, szybciej, wolniej, tak lekko, sprężyście i płochliwie jednocześnie. Szyja cała spocona.
Przełamałam jednak lody i teraz jestem ciekawa tego konia. Jutro jedziemy znowu. Ciekawe, jaki będzie tym razem. Spokojniejszy? Pierwsze koty za płoty? Miałam wrażenie, że w galopie odzyskiwał równowagę umysłową, ale miałam obawy przed dłuższymi odcinkami galopu tym pierwszym razem. Może dowiem się jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz