Dziś pracy mnóstwo, więc wniosków tyle, że nie wiadomo, od czego zacząć :) Sesje ziemne niespodziewanie zaczęły sprawiać mi przyjemność. Im więcej wiem, im lepiej czytam mojego konia, tym więcej w tym dialogu, zabawy, stawiania nowych wyzwań, a nie tępego wykonywania ćwiczeń z książeczki. Dziś świeżym okiem spojrzałam na teren wokół domu i odkryłam, jak wiele naturalnych przeszkód, pagórków, miedz i rowów mam w promieniu 400 m. Włączyliśmy je zatem do zabaw z ciekawymi efektami. 1/ Nie ma jak nowość. Krok żywszy, zainteresowanie większe, impuls i pobudzenie. Po co mam się męczyć z nierespektowanymi przez niego sygnałami do zagalopowania na długiej linie? (Bo dziś jestem zdania, że szelma doskonale wie, o co chodzi, po prostu olewa, wmanewrowując mnie w sytuację, w której ja tyram za niego.) Przecież mogę po prostu zaprosić go do kłusowania po kole przez miedzę, przez rów, na nowej łące, w towarzystwie nieco niepokojących krzaków, po czym poprosić o przejście do galopu, która to prośba zostanie przez niego wykonana z rozkoszą. Na razie. Jak mu się utrwali połączenie "galop - na linie", stopniowo przejdę do wykonywania tego również w zupełnie normalnych sytuacjach. 2/ Swoją drogą, podobnie działa zmienność: w lewo kłusem... w prawo kłusem... w lewo kłusem.... w prawo stępem... do mnie... do tyłu... zwrot na przodzie... do tyłu... w lewo kłusem... jeż na głowie... ślepcem do tyłu.... w lewo kłusem... i galopem. I zazwyczaj nie ma już problemu z utrzymywaniem galopu na kole.
Zabawialiśmy się też wspólnym skakaniem przez przeszkody z prowadzeniem w strefie 3 - najpierw Emiter niepewny, albo zostawał, albo wyprzedzał, brykał po skoku, ewidentna niepewność, dlaczego ona skacze razem ze mną?? Po 30 minutach robienia zupełnie czego innego powrót do skakania ze mną - i ślicznie, równo, jednocześnie ze mną, łagodnie, bez pobudzenia. Miał czas przemyśleć.
Mieliśmy też zdarzenie zabawne: chciałam, żeby skakał na linie małą przeszkódkę, drąg zawieszony na 40 cm, ze stój. A on z kłusa skakał bardzo ładnie, nawet jak stałam odwrócona tyłem, a on robił cg wokół mnie, za to ze stój zwalał ten drąg i przechodził przez zwalony. Cierpliwie podnosiłam i prosiłam jeszcze raz (jakoś nie miałam odpowiedniej stałej przeszkody na podorędziu). Po kolejnym podniesieniu Emiter nagle odszedł od przeszkody, natychmiast zawrócił i skoczył ślicznie sam, bez żadnej mojej prośby, po czym stanął za nią przodem do mnie. Jakby mówił "OK, już przestań, przecież ja wiem, o co chodzi, dajmy już sobie z tym spokój!". Dałam spokój zatem. Nie wiem, czy go nie antropomorfizuję za bardzo, niemniej tak go odczytałam, nie będę z niego robić kretyna, skoro tak ładnie sam zgłosił się do odpowiedzi.
Przy okazji wyjaśniła się kwestia "ustępowanie czy uciekanie" odnośnie prowadzenia za przednią nogę. Ani jedno, ani drugie, on po prostu przychodził na moją mowę ciała, jeża na nodze nie kuma nadal. Zatem pracujemy po troszeczku. Ale miłe zaskoczenie odnośnie chodów bocznych wokół mnie. Niby robił ładnie, ale w pewnym momencie zaczynał się stresować i obracać głowę, żeby zobaczyć cs. Olśnienie przyszło nagle: ja po prostu nie zauważyłam, że on już ładnie odchodzi od samego cs płynącego w powietrzu w jego stronę i cały czas serwowałam mu pukanie po boku, niepotrzebną wyższą fazę, na co on się usztywniał i popadał w odruchy oporu! I faktycznie: cs płynie, koń odchodzi, ja odpuszczam, koń stoi i żuje z głową niską i na wprost mnie. I cs płynie, i koń odchodzi, i na razie wystarczy. Dzielny Czarnuch.
Nastąpiło za to jakieś rozbisurmanienie w terenach w towarzystwie innych koni. Ewidentnie nie jestem słuchana, szczególnie jak Czarny idzie komuś na ogonie. Wczoraj pod koniec terenu byłam tak zrozpaczona, że po prostu puściłam Ola z Emanem i Agnieszkę z Zaragozą do domu, a ja i Czarny oddaliśmy się nabywaniu emocjonalnego opanowania i posłuszeństwa w samotnym terenie. Dziś kontynuacja, kolejne 1,5 godziny samotnej włóczęgi. Na razie chcę niewiele, stępa w obranym przeze mnie kierunku na luźnych wodzach. Czarny denerwuje się okropnie, rży, idzie tak energicznie, że miednica buja mi się we wszystkie strony, strzyże uszami, parska, wzdycha, robi kupę-nerwówkę co 500 m, ale stępa, ku mojemu zdumieniu, trzyma, a na pojawiającą się czasem wodzę kontroli przy pierwszym krokach kłusa reaguje porażająco wprost szybko i miękko. Jest czujny aż do bólu, ale nie płoszy się. Wrasta czasem na rozstajach dróg, ale poproszony po kilku sekundach o skierowanie się w nowym kierunku nie walczy. Opiera się raz, sprawdza, czy może nie, ale nie walczy. Konsekwentnie poproszony idzie, choć czujnie i w napięciu. Wszystko to dla mnie jest jednak dość zdumiewające. Spodziewałam się większych problemów. Spodziewałam się większej niesubordynacji. I nie spodziewałam się takiej "ekspresyjności" mojego konia, po każdym terenie o zachowaniu Czarnego mogłabym napisać rozdział w książce "Behawior koni". Wszystko to niesamowicie ciekawe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz