Zrobiłam się bardziej interesująca, bo w sobotę przyjechały nowe przeszkody :) Mamy więc trzy nowe stacjonaty i 8 krzyżaków, dzięki którym możemy podwyższać drągi. Ileż nowych możliwości :) Dziś zatem wprowadziłam urozmaicenia w zabawy naziemne na krótkiej linie i bawiliśmy się w 1/ chody boczne wokół mnie, 2/ okrążanie z dwoma drągami na kole w odległości odpowiedniej do pokonywania w kłusie, 3/ okrążanie z pokonywaniem przeszkody składającej się z dwóch drągów na krzyżakach tuż koło siebie - do pokonywania jednym skokiem galopu, 4/ skakanie różnych przeszkód z prowadzeniem w strefie 3, 5/ przeciskanie nad przeszkodą ze stój, stępem i skokiem, 6/ yoyo przez jeden lub dwa położone między stojakami, tuż za sobą, drągi, 7/ chody boczne wzdłuż drąga na krzyżaczkach, 8/ cofanie dg przez drągi. Jeszcze przy okazji 9/ prowadzenie stępem, kłusem i cofanie ze strefy 3 połączone z dg na przodzie (czyli backwards and over z dodatkami) oraz dg zadu w kierunku do mnie, jak do wsiadania z płotu na przykład. Na kolejną sesję pomysłów też mam mnóstwo, a wnioski z tej następujące: 1/ Być ciekawym, być interesującym, być prowokującym! - oto klucz do sterczących w przód uszu mego krótkiego, zblazowanego konia. 2/ Skakanie z impetem i następujące po tym energiczne chody to nie jest to, o co chodzi, to nie jest żadne oznaka "bycia dynamicznym", to są ucieczki i brak umysłowej dyscypliny, nam chodzi o ruchy, które w każdej chwili "patrzą na mnie". Za każdym razem, jak Czarny zaczynał energicznie się ruszać bez czujności na moje polecenia serwowałam mu "friendly z miejscem", stanie w miejscu (na przykład przy przeszkodzie), a potem delikatne przestawianie fazami 1-2 (nóżka w tył, ale tylko jedna, teraz jeden krok w przód, odrobinę do mnie głowa, odstaw zad, jeden krok do tyłu, świetnie). To powodowało, że i ja, i on zaczynaliśmy znowu myśleć, koncentrować się, jednocześnie wyciszając się. Jak już widziałam znowu uszy i czujne reakcje na pierwszą fazę, nabierałam nieco więcej energii i wprowadzałam znowu nieco dynamiki, stale kontrolując, czy znów nie otrzymuję "o jeden krok za daleko". 3/ Niesamowita jest jednak reakcja konia na nasze emocje. W pewnym momencie zauważyłam, że moje niespełna trzyletnie dziecko, do tej pory wspinające się nieopodal na wybrane przeszkody, zaczęło - zaśmiewając się - biegać za moim koniem, wysyłanym przeze mnie na różne sposoby na przeszkody. Zdenerwowałam się, zaczęłam coś pokrzykiwać typu "Jaś, zmiataj stąd, nie można tak biegać za koniem, on może przypadkiem walnąć cię kopytem, zmiataj na ogrodzenie!" i mój koń natychmiast zaczął energicznie okrążać jakąś przeszkodę, mocno napinając trzymaną przeze mnie linę. Ewidentnie nie chodziło o dziecko, które biegało tu i tam już dobrą chwilę, ale o moje nerwy. Po wysłaniu dziecka na odległą przeszkodę i poproszeniu o kilka precyzyjnych manewrów emocje opadły ze mnie i z konia. 4/ Praca z ziemi to jednak super ćwiczenie na czytanie konia i na szkolenie własnego fazowania i wyczucia. Nie jestem jeszcze w stanie z siodła w ten sposób kontrolować swojej energii i nie "widzę" tak konia samym siedzeniem, więc zbieranie doświadczeń z ziemi pozwala mi lepiej "strzelać" w siodle, czy dany typ zachowania Emitera jest oznaką niezrozumienie zadania, obawy przed np. przeszkodą czy też rozkojarzenia umysłowego (to chyba częsty trafny strzał!) Poza tym uczy koncentracji i stałego planowania kolejnego zadania - to jest to, czego brakuje mi w siodle, ten sposób myślenia jest mi potrzebny częściej. Urozmaicając z ziemi uczę się też urozmaicać w siodle, transferować ten sposób myślenia łatwiejszy dla mnie do uzyskania na ziemi. 5/ Udało mi się uzyskać ten rewelacyjny moment, kiedy koń nie tylko reaguje na moje sygnały, ale pyta. Miało to miejsce po pokonaniu niskiej przeszkody, dwóch drągów jeden za drugim do przechodzenia w kłusie. Po przejściu drągów koń ewidentnie pytał "stanąć przodem do Ciebie czy dalej iść po kole?", patrząc w moją stronę i lekko zwalniając, ale jednocześnie utrzymując nadal ruch po kole. Powtórzyło się to kilka razy. Bardzo przyjemny taki dialog. Wiem zatem, do czego dążę.
Udaje mi się transferować to skoncentrowane myślenie zadaniowo-dialogowe na samotne jazdy terenowe. W sobotę wprowadziłam kłus i galop, otrzymałam bardzo ładne, miarowe chody w równowadze umysłowej, byłam naprawdę szczęśliwa, to oznacza zupełnie nowy rozdział! Ale ewidentnie miałam ten sam scenariusz, co często z ziemi: 1/ Jeśli ty nie masz pomysłu, to ja mam pomysł, 2/ Chodzenie do przodu nie jest wyzwaniem, skoncentruję się, jeśli wprowadzisz jakiś dialog - do przodu, do kłusa, do stępa, zatrzymaj, zwrot, cofanie, do przodu kłusem, stań pod drzewem, to zerwę sobie tą gałązkę (purpose! power of purpose!). Bardzo podoba mi się obecny impuls Emitera w terenie, ale zauważyłam wreszcie ciekawe zjawisko, które było chyba obecne od jakiegoś czasu: Jeśli on kłusuje z energią i ja wykorzystam tą energię do przejścia do galopu, to otrzymuję fajny, kontrolowany galop. Jeśli natomiast on kłusuje z energią i sam przejdzie do galopu i ja to zaakceptuję pod hasłem "on jest taki krótki, jak chce biec, to niech biegnie, niech mu się dobrze kojarzy, że ja nie karzę go hamowaniem", to otrzymuję galop niekontrolowany lewopółkulowy. Nie ponoszenie bez rozumu- ponoszenie z chłodną kalkulacją. Otrzymuję doskonałe efekty, kiedy udaje mi się go dobrze odczytać: stęp ponoszący ze zdenerwowania vs czujny stęp rozglądający się - wygląda podobnie, ale kłus pokazuje prawdę, proszenie o kłus w pierwszym przypadku powoduje chaotyczny, niekontrolowany ruch, proszenie w drugim przypadku powoduje kontrolowane skanalizowanie energii i w konsekwencji lepszą współpracę w ciągu następnych minut. To samo kłus-galop. I strasznie ważne to wyciszanie (w samotnym terenie wyciszanie, na placu podgrzewanie), ciągłe sprawdzanie, gdzie jesteśmy w tej skali 1-10, pilnowanie oscylacji wokół piątki. Jak o tym pamiętam, to jest naprawdę pięknie. Ależ się rozpisałam... Tu trzeba więcej jeździć, a mniej gadać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz