Ilość błędów, jakie popełniam zabierając się do jakiegoś nowego zadania, jest absolutnie fantastyczna. Tępe nawyki biorą górę natychmiast, gdy tylko zacznę myśleć o niebieskich migdałach. Rzecz dotyczy końcówki dzisiejszej jazdy. Jazda bardzo niewymagająca dla mnie i dla Czarnego. Jedyne nowości to przeszkody na łączce zazwyczaj nieużywanej do jazd oraz dwie klaczki, które wpadły w gościnę i zachęcająco kręciły zadami, nieco rozpraszając uwagę mojego wierzchowca. Poza tym cisza i spokój. Kilka razy stacjonata 60 cm skakana z klusa, potem 80 cm skakana również z kłusa, dużo kręcenia w kłusie, nieco przejść i zatrzymań, nic specjalnego. Poprosiłam dwa razy o skoczenie nietypowej nieco przeszkody o wysokości ok. 80 cm, takiej stacjonaty, ale opartej z jednej strony na drewnianym klocku, co umożliwiało koleżance skakanie jej klaczki z ziemi. Emiter odmówił, ominął. Nie chciałam wdawać się w dyskusje, pomyślałam, naskoczę go z ziemi, nie ma sprawy. Zeskoczyłam, przełączyłam go na linę 7m i rzekłam, no, skacz, kochany. Kochany zrobił pół kółka i wrył w ziemię przed przeszkodą. Próbował ominąć ją z jednej, z drugiej, wyciągnąć mi linę z ręki, wykonał kilka skoków w galopie w kierunku przeciwnym do przeszkody i na wszelkie możliwe sposoby złożył deklarację "NIE!".
Podrapałam się w głowę, zdjęłam wyższy drąg z jednej strony, kładąc jego końcówkę na ziemi i obniżając w ten sposób przeszkodę. Wyglądała nieco nieporządnie, ale podejście zdało egzamin - Emiter zdecydował się przejść, rozwalając co prawda drągi do końca, ale jednak. Popatrzyłam w dół, ponownie podrapałam się w głowę i wreszcie coś zaświtało. Dlaczego nie zaczęłam od niziutkiej przeszkody stopniowo ją podwyższając? Oczywiście wiem, dlaczego. Przecież on skacze, do licha, te 80 cm pod siodłem, niech więc skoczy je po prostu z ręki, przecież to jeszcze prostsze! No, być może w sensie ruchu tak, ale nie prosiłam go do tej pory o skakanie z ręki przez przeszkody. Ma pełne prawo nie czuć się z tym pewnie. To nie jest to samo. To nie jest tak samo.
Uporządkowałam drągi na wysokości może 40 cm. Poprosiłam o skok. Pomachał przednią nogą, obniżył głowę, przeniosł ciężar ciała na tył, skoczył. Natychmiast zaprosiłam do siebie, pogłaskałam, pozwoliłam postać. Odesłałam na koło, wysłałam na przeszkodę. Zawahał się, ale skoczył, ładnie układając ciało w skoku. Przywołałam, nagrodziłam postojem. Przeskoczył jeszcze kilka razy, coraz mniej się wahając. Nie podwyższałam, pochwaliłam, odprowadziłam na pastwisko.
Dlaczego nie zaczęłam tak od razu? Tak naprawdę dlatego, że całkiem często w czasie jazdy czy, bardziej ogólnie, w czasie zajęć z koniem, mój umysł zaczyna wędrować... Jadę sobie od niechcenia i nagle orientuję się, że tak naprawdę nie wiem, czego od konia i od siebie chciałam. To miał być kłus anglezowany czy wysiadywany? Mieliśmy jechać w kierunku do koni czy też chciałam go zająć jakąś pracą nieco dalej od nich? Chciałam robić ósemki, duże koło na lewo, a może to miał być pasażer? Diabli wiedzą, mój koń z pewnością nie, zatem w tym krytycznym momencie, gdy moja świadomość wraca w siodło, nie mam pojęcia, czy koniowi należy się nagana czy pochwała, nie mam pojęcia, co moje ciało robiło przez ostatnie dwie minuty i nie mam pojęcia, dlaczego nie myślę. Tu zadziałał ten sam mechanizm. On nie chce tego skoczyć. Skoczę go z ziemi. Zatem długa lina i dawaj! Nie pomyślałam, czego od niego oczekuję i czego mogę się po nim spodziewać w odpowiedzi na moją prośbę. Nie zastanowiłam się, jakie zachowania będę nagradzać i jak. Jakich kłopotów mogę się spodziewać. Co zrobić, by szansa na porozumienie i sukces była jak największa. Zamiast tego podjęłam jakieś zupełnie bezrefleksyjne działanie. Na szczęście te jego galopy jakoś mnie wytrąciły z otępienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz