Widzieliście kiedyś jak Honza przywołuje swojego konia? Stoi sobie na jednym końcu łąki, na drugim, dość daleko widać trzy pasące się konie. Honza gwiżdże, macha energicznie carrotem i w jednej chwili jeden z koni podnosi głowę i galopem, z rozwianą grzywą przybiega do Honzy. Po prostu bosko. To się nazywa Catching Game!
Nigdy nie miałam z ogonem jakiś większych problemów z zabieraniem z pastwiska. Miałam to rzadkie szczęście, że nie musiałam uganiać się godzinami za moim koniem z kantarem schowanym za plecami (co jak wiadomo wszystkim naturalsom wogle nie działa). Nawet na początku naszej znajomości grzecznie stal i czekał, nigdy nie uciekał. Od pewnego czasu ładnie podchodził do mnie z odległości 10-15m, ale jakoś nie posuwaliśmy się znacząco na przód. Ale dziś pobiliśmy nasz rekord – Mentoś oderwał pyska od trawy, i mimo, że uznaje się ogiera czołowego, opuścił swoje stado i przytuptał do mnie z 25m! Nie było rozwianej grzywy i galopu, ale i tak się liczy:)
Co zrobiłam inaczej? Banalną rzecz, ale jakże ważną – naprawdę długą fazę 1. Poprosiłam palcem i zaczekałam. Dałam chwile na namysł i nie wymagałam szybkiej reakcji. The power of phase one! Mądrość wyłożona chyba na drugiej (góra trzeciej) stronie L1. To prawda, że dopiero będąc na poziomie 2 zaczyna się rozumieć poziom 1.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz