Siwy, zupełnie tradycyjnie nienaturalny po wyścigach, ponoć boi się wody. Koło pastwiska Siwego jest staw. Próbowałam dziś zachęcić Siwego do wejścia do stawu używając parellistycznego sprzętu. Czarny wchodzi na skinienie i pławi się po grzbiet, dlaczego więc Siwy miałby tego nie zrobić? Ano dlatego, że zapomniałam już, jak wygląda współpraca, a raczej jej brak z koniem, który nie rozumie, że 1/ ma szanować strefę osobistą swojego człowieka i dawane przez niego sygnały, 2/ ma stać tam, gdzie go odesłałam, dopóki nie dostanie innego sygnału, 3/ ma czujnie reagować na polecenia, a nie zajmować się żarciem trawy, wyciąganiem mi liny z ręki, odwracaniem się do mnie zadem, podnoszeniem na tylnych nogach itp. :) A przede wszystkim dlatego, że chciałam przeskoczyć coś, czego nie da się przeskoczyć, czyli wymagać wchodzenia na luźnej linie do stawu od konia, który w ogole nie rozumie, do czego służy lina i carrot stick. Od konia, który po prostu nie grał nigdy w siedem zabaw z człowiekiem :) Nie ma podstaw - nie ma o czym mówić.
Uśmiałam się w duchu ze swojego braku pokory, ale nie ma takiego spotkania z koniem, z którego nic by nie wynikało. Dotarło do mnie przede wszystkim, że praca z ziemi jest jak papierek lakmusowy, którym można zdiagnozować nastawienie konia do pracy z człowiekiem. Chyba tego do tej pory nie doceniałam, a tu wszystko widać jak na dłoni! Siwy przedstawił cały repertuar sztuczek pod tytułem "Nie szanuję cię, lala, nie takie jak ty rolowałem! Co zrobisz, jak wyrwę ci linę? A jak stanę na tylnych nogach? Będę żarł trawę? Udam przerażenie? Wejdę na ciebie?". Staw czy woda były problemem trzeciorzędnym, tak naprawdę chodziło o elementarny brak szacunku dla człowieka i przekonanie, że człowiek naprawdę nic nie może mu zrobić. Wdałam się w krótkie przepychanki i odpuściłam, bo tu trzeba budować od początku, od fundamentów, a nie wkurzać się, że na trzecim piętrze ściany odchylają się od pionu.
Pomyślałam też, ile czasu mi zajęło zrozumienie, jak ma wyglądać efektywna faza czwarta, którą Czarny - czy jakikolwiek inny koń - wreszcie uszanuje. Tak naprawdę dopóki nie zobaczyłam na kursie Berniego regularnie piorącego - jak mi się wówczas wydawało - carrot stickiem mojego Czarnego, który postanowił wejść mu na głowę i w końcu cofał się prawie ryjąc zadem w piachu, nie bardzo trafiało mi do przekonania, że mój koń po prostu mnie nie szanuje, lekceważy. I wcale nie jest łatwo przyjąć to do wiadomości. Ani nie jest łatwo uderzyć raz i drugi, w odpowiednim momencie, swojego konia w pysk czy w pierś czy w jakąkolwiek inną część ciała, która nie chce się cofnąć, nie popadając przy tym w złość czy frustrację, nie roniąc łez nad całością końskiej głowy, tylko czujnie wyczekując jakiegokolwiek pozytywnego odruchu, żeby odpuścić i rozluźnić siebie i konia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz