20 wrz 2006

Nauczka od nienaturalnego konia

Siwy, zupełnie tradycyjnie nienaturalny po wyścigach, ponoć boi się wody. Koło pastwiska Siwego jest staw. Próbowałam dziś zachęcić Siwego do wejścia do stawu używając parellistycznego sprzętu. Czarny wchodzi na skinienie i pławi się po grzbiet, dlaczego więc Siwy miałby tego nie zrobić? Ano dlatego, że zapomniałam już, jak wygląda współpraca, a raczej jej brak z koniem, który nie rozumie, że 1/ ma szanować strefę osobistą swojego człowieka i dawane przez niego sygnały, 2/ ma stać tam, gdzie go odesłałam, dopóki nie dostanie innego sygnału, 3/ ma czujnie reagować na polecenia, a nie zajmować się żarciem trawy, wyciąganiem mi liny z ręki, odwracaniem się do mnie zadem, podnoszeniem na tylnych nogach itp. :) A przede wszystkim dlatego, że chciałam przeskoczyć coś, czego nie da się przeskoczyć, czyli wymagać wchodzenia na luźnej linie do stawu od konia, który w ogole nie rozumie, do czego służy lina i carrot stick. Od konia, który po prostu nie grał nigdy w siedem zabaw z człowiekiem :) Nie ma podstaw - nie ma o czym mówić.

Uśmiałam się w duchu ze swojego braku pokory, ale nie ma takiego spotkania z koniem, z którego nic by nie wynikało. Dotarło do mnie przede wszystkim, że praca z ziemi jest jak papierek lakmusowy, którym można zdiagnozować nastawienie konia do pracy z człowiekiem. Chyba tego do tej pory nie doceniałam, a tu wszystko widać jak na dłoni! Siwy przedstawił cały repertuar sztuczek pod tytułem "Nie szanuję cię, lala, nie takie jak ty rolowałem! Co zrobisz, jak wyrwę ci linę? A jak stanę na tylnych nogach? Będę żarł trawę? Udam przerażenie? Wejdę na ciebie?". Staw czy woda były problemem trzeciorzędnym, tak naprawdę chodziło o elementarny brak szacunku dla człowieka i przekonanie, że człowiek naprawdę nic nie może mu zrobić. Wdałam się w krótkie przepychanki i odpuściłam, bo tu trzeba budować od początku, od fundamentów, a nie wkurzać się, że na trzecim piętrze ściany odchylają się od pionu.

Pomyślałam też, ile czasu mi zajęło zrozumienie, jak ma wyglądać efektywna faza czwarta, którą Czarny - czy jakikolwiek inny koń - wreszcie uszanuje. Tak naprawdę dopóki nie zobaczyłam na kursie Berniego regularnie piorącego - jak mi się wówczas wydawało - carrot stickiem mojego Czarnego, który postanowił wejść mu na głowę i w końcu cofał się prawie ryjąc zadem w piachu, nie bardzo trafiało mi do przekonania, że mój koń po prostu mnie nie szanuje, lekceważy. I wcale nie jest łatwo przyjąć to do wiadomości. Ani nie jest łatwo uderzyć raz i drugi, w odpowiednim momencie, swojego konia w pysk czy w pierś czy w jakąkolwiek inną część ciała, która nie chce się cofnąć, nie popadając przy tym w złość czy frustrację, nie roniąc łez nad całością końskiej głowy, tylko czujnie wyczekując jakiegokolwiek pozytywnego odruchu, żeby odpuścić i rozluźnić siebie i konia.

Brak komentarzy: