26 lis 2013

Na zamówienie: o siodle

Zawsze chciałam mieć wygodne siodło do jazdy w teren. Takie wydawało mi się siodło westowe, ale po pierwsze te siodła optycznie mi się nie podobają, a po drugie są dla mnie za ciężkie. Chyba jakąś wyciągarkę bym musiała mieć, żeby delikatnie położyć je na konia, a nie rąbnąć z impetem, gdyby udało mi się podnieść je na odpowiednią wysokość. Rozważałam też siodło hiszpańskie lub portugalskie, ale zrezygnowałam, bo nie było możliwości przymiarki (Kasiu, firma Galopagos, które je sprzedaje, mieści się w Gdańsku. Może będziecie mogły je tam zobaczyć i przymierzyć).


W rezultacie stanęło na takim:



Typ australijski, Wintec z wymiennymi łękami. Wintec właśnie ze względu na wymienne łęki.

W użytkowaniu okazało się strzałem w dziesiątkę: jest bardzo wygodne i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. W sobotę Truskawka mi nagle odfrunęła w bok, a ja siedziałam jakby nic się nie stało. Dla wyjaśnienia: najtrudniejsze dla mnie są właśnie gwałtowne skoki w bok, wtedy najłatwiej jest mi się rozstać z koniem. 

Bardzo fajne są „uszy”. Można zarzucić na nie wodze i mieć wolne ręce.

Oczywiście do niczego ambitnego to siodło się nie nadaje, ale nie takie ma zastosowanie i nie z takim zamiarem je kupowałam. Jest to siodło tylko do jazdy terenowej. Na początku nie potrafiłam w nim anglezować, ale jak już się z nim oswoiłam, anglezowanie też okazało się łatwe.  

Naturalnie, są to moje indywidualne odczucia. Uczciwie dodam, że Jasiek narzekał. Ale ponieważ narzekał głównie na niewygodę w kłusie, myślę, że było to spowodowane nieumiejętnością anglezowania. W dodatku nie miał okazji zrewidować tego wrażenia, bo była to jego pierwsza i jedyna przejażdżka w tym siodle. Skarżył się, że poobijał sobie pewną część ciała. Kasiu, akurat ta „niewygoda” mamy nie dotyczy J  

Brak komentarzy: