Zawsze chciałam mieć wygodne siodło do jazdy w teren.
Takie wydawało mi się siodło westowe, ale po pierwsze te siodła optycznie mi
się nie podobają, a po drugie są dla mnie za ciężkie. Chyba jakąś wyciągarkę
bym musiała mieć, żeby delikatnie położyć je na konia, a nie rąbnąć z impetem,
gdyby udało mi się podnieść je na odpowiednią wysokość. Rozważałam też siodło
hiszpańskie lub portugalskie, ale zrezygnowałam, bo nie było możliwości przymiarki
(Kasiu, firma Galopagos, które je sprzedaje, mieści się w Gdańsku. Może
będziecie mogły je tam zobaczyć i przymierzyć).
W rezultacie stanęło na takim:
Typ australijski, Wintec z wymiennymi łękami. Wintec
właśnie ze względu na wymienne łęki.
W użytkowaniu okazało się strzałem w dziesiątkę: jest bardzo
wygodne i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. W sobotę Truskawka mi nagle
odfrunęła w bok, a ja siedziałam jakby nic się nie stało. Dla wyjaśnienia:
najtrudniejsze dla mnie są właśnie gwałtowne skoki w bok, wtedy najłatwiej jest
mi się rozstać z koniem.
Bardzo fajne są „uszy”. Można zarzucić na nie wodze i
mieć wolne ręce.
Oczywiście do niczego ambitnego to siodło się nie nadaje,
ale nie takie ma zastosowanie i nie z takim zamiarem je kupowałam. Jest to siodło
tylko do jazdy terenowej. Na początku nie potrafiłam w nim anglezować, ale jak
już się z nim oswoiłam, anglezowanie też okazało się łatwe.
Naturalnie, są to moje indywidualne odczucia. Uczciwie
dodam, że Jasiek narzekał. Ale ponieważ narzekał głównie na niewygodę w kłusie,
myślę, że było to spowodowane nieumiejętnością anglezowania. W dodatku nie miał
okazji zrewidować tego wrażenia, bo była to jego pierwsza i jedyna przejażdżka
w tym siodle. Skarżył się, że poobijał sobie pewną część ciała. Kasiu, akurat
ta „niewygoda” mamy nie dotyczy J
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz