Wybrałyśmy się wczoraj babską trójką w teren. Niestety, jedna trzecia naszej ekipy spadła i tak mocno się potłukła, że nie bardzo mogła się ruszać. Trzeba było jechać po samochód, bo na konia wsiąść nie dała rady, a na własnych nogach było jej bardzo trudno. Padło na mnie, bo koń spadniętej amoku by dostał, gdyby koń numer dwa czyli towarzysz życia oddalił się. Więc ruszyłam co Duszek wskoczy.
I tu jest ten tytułowy szacun: dla Duszka za "co Duszek wskoczy". Bo Duszek oddalił się od swego stada gładko, bez chwili wahania, bez żadnego oglądania się czy próby powrotu. Szedł jak burza ... No, z jednym zgrzytem. Gdy zbliżyliśmy się do zabudowań i za zakrętem wyłoniła się zgarbiona starowinka, Duszek stanął jak wryty. Pozwoliłam mu popatrzeć, przemyśleć i i za chwilę pojechaliśmy dalej. Nawet pies, który większą część drogi biegł za nami ujadając, nie zrobił na Duszku żadnego wrażenia, po prostu nie istniał.
Jednak koń reaguje na nastroje jeźdźca - wróciła moja wiara w tę teorię, nieco zachwiana przedsylwestrową obserwacją. Byłam zdeterminowana, żeby jak najszybciej dojechać do stajni, o niczym innym nie myślałam, bo tam dziewczyna cierpi, więc Duszek też pruł przed siebie: mieliśmy jasno wyznaczony cel. Taka prosta rzecz: power of focus.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz