Jesienią Duszek tak mi dał do wiwatu, że byłam już zdeterminowana, żeby od wiosny przerzucić się na Truskawkę. „Do wiwatu” w sensie, że szybsze poruszanie było wymęczone, a ja po jeździe na nim czułam się, jakbym w kamienistym gruncie doły kopała. Tylko zimę przeczekać ... Nie miałam odwagi zaczynać truskawkować w śniegu, błocie czy ślizgawicy (kilka stępów na T. i krótkich kłusów nie zaliczam do truskawkowania).
Tymczasem zimą Duszek przeżył metamorfozę - nagle przeniósł się na szybszą stronę mocy. Owszem, nadal są momenty wlokącego się kłusa, ale coraz częściej kłusuje w sensownym tempie, jest chętny do galopowania. Przedtem galop to było wydarzenie na miarę kwalifikacji do IO :), teraz nie trzeba go do tego zachęcać, a czasami wręcz przeciwnie, sam proponuje galopy i trzeba go hamować. W ostatnią sobotę po kilku bardzo żwawych przekłusowaniach przez drągi chyba doszedł do wniosku, że jak długo można tak się wlec i w kolejnym najeździe przegalopował. Zaskoczył mnie tym zupełnie, mimo że ostatnio jestem wyczulona na jego propozycje galopów. Tu moja czujność była uśpiona, bo przez drągi nigdy nie galopowaliśmy. O właśnie, na drągach pięknie podnosi nogi, prawie jak Truskawka, przestał pukać, co kiedyś było nagminne.
No i teraz nie wiem, co robić. Czas Truskawki czy nadal czas Duszka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz