Wiało wczoraj niemożebnie. Przy czyszczeniu i siodłaniu był chłopak do tego stopnia niespokojny, że pełna najgorszych myśli byłam bliska rezygnacji z jazdy. Na górze - czyli na jego grzbiecie - odczuwałam to wianie tak tak mocno, że chwilami myślałam, że mnie z niego zdmuchnie. Dla dopełnienia końskiego zagrożenia na sąsiedniej posesji coś od czasu do czasu wydawało okropny łomot, jakby wystrzał. Ale - uwaga, uwaga - Duszek nie przestraszył się ani razu. Tak naprawdę w naszej wspólnej historii chyba do tej pory nie było takiego zdarzenia.
Odwagi ciąg dalszy miał miejsce dzisiaj. Oddali nam w stajni do użytku mini-halę, pomieszczenie dawnego magazynu. Właściwie nawet określenie "mini-halka" będzie na wyrost, bo nawet CG na długiej linie tam nie wyjdzie. Ale przynajmniej jest dach nad głową, no i można będzie dłubać bez liny, taka prostokątna wersja lonżownika.
Zaprowadziłam tam Duszka na sesję FG. Doszedł do wejścia, stanął, pomyślał, wszedł, połaziliśmy trochę w jego tempie, zrobił kupę, zrobił siku, pogimnastykował szczękę w serii szerokich ziewów (czy koń ma migdały? bo gdyby miał, to bym sądziła, że chce mi je pokazać) - i już było O.K.
Ale nie mam złudzeń, że będzie to stan permanentny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz