Można powiedzieć, że stosunek Duszka do zastrzyków to series of ups and downs. W naszej wspólnej historii w większości to były downs, ale od czasu, gdy dr Dziekański pokazał mi, że te downs w dużym stopniu były moją zasługą i gdy mogłam tę teorię sprawdzić w życiu, weszliśmy w okres upsów. Sprawdzenie teorii w życiu to zastrzyki, robione przez moi regularne raz na tydzień, w ilości dwóch, w ramach kuracji odczulającej.
Nagle znowu wielki down. Zrobiłam zastrzyk pierwszy, z jednej strony. Chcę zrobić drugi, z drugiej strony (takie zalecenie - zastrzyki nie mogą być z tej samej strony), a Duszek ucieka. Kolejne próby, to samo. Wzięłam go na plac, przybliżanie i oddalanie, friendly - bez widocznego rezultatu. Wieczór zapada, zastrzyk trzeba zrobić, więc koleżanka go przytrzymała, zrobiłam.
No i przyszedł czas na refleksję: co się stało? Dlaczego wróciło stare? Czyli: co takiego zrobiłam?
Rozwiązanie się znalazło, jak uświadomiłam sobie, z której strony nie mogę zrobić zastrzyku. Z tej strony, gdzie miał pogryzioną szyję w ramach czułości związanych z wchodzeniem w nowe stado. Ja te rany popsikałam alu-sprayem i widocznie wystarczająco go na to nie przygotowalam.
Jak już na to wpadlam, było z górki. Kilka razy fg z tej strony i wróciły upsy. Znowu mogę po prostu wejść do boksu i robić swoje. A raz mnie bardzo rozbawił. Zrobiłam zastrzyk z jednej strony, przymierzam się do drugiej, tej bardziej wrażliwej, Dusio łypnął na mnie i zrobił krok w tył. Powiedziałam "nie, nie, nawet o tym nie myśl". I on wrócił i grzecznie się ustawił. Kochany zwierzak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz