W niedzielę pogoda nas milo zaskoczyła - straszny sobotni wiatr wywiało gdzieś daleko i nawet mieliśmy jakieś przebłyski wiosennego słońca. Wyciągnęłam więc futrzaka, odkurzyłam i zabrałam na plac. I tu nastąpiło pierwsze zdziwienie - moja końska leniucha przy spotkaniu z dużą ujeżdżalnią i miękkim podłożem zmieniła się w demona energii. Pozytywnie zaskakujące. Postanowiłam wykorzystać i dodatkowo wzmocnić. Odesłałam delikatnie na wolności - dostałam wygięcie szyi, przekrzywioną głowę, łypanie okiem (czyli play-drive był) i galop z miejsca. Potem były i bryki, i walenie z zadu, i przyśpieszanie i znów ruchy pionowe - cud, że się nogi nie poplątały i nie było wielkiego baaach, jak to mówi moje roczne dziecko. Aż fajnie było popatrzeć na tego demona energii z rozwianą grzywą. Jako że ostatnio rozmawialiśmy sobie z koniem o przyciąganiu postanowiłam wypróbować, czy zadziała i zawołałam do siebie, trochę nie wierząc, że przy tym poziomie energii M pamięta, że przyszedł ze mną a nie sam. Zadziałało - pięknym galopem do mnie. Potem było dyszenie, chrapanie, sapanie i kontemplowany odpoczynek przy mizianiu.
Miło się czasem upewnić, że jednak ma się w domu prawdziwego wyścigowego konia, a nie powolną kosiarkę do trawy z jednoczesną funkcją nawożenia :)
2 komentarze:
Moje też tak robią - nawet generalnie ospały Duszek, bo Truskawka w standardzie ma bieganie dla samego biegania. Ale mnie ten widok przeraża. W naszym przypadku wynika to stąd, że jak w końcu poczują dobre podłoże (zabrane z błota na padoku na suchą ujeżdżalnię), to się z tego cieszą.
Prześlij komentarz