1 lut 2010

Niepewność nóżkowa i motywacja marchewkowa



Nowy rok na dobre się rozkręca, a my trochę się bawimy - zgodnie z tegorocznymi planami ;) Sporo biegałyśmy sobie wolnościowo, ćwiczyłyśmy różne ustąpienia z piątej strefy - przerabiam Campi na kuca pociągowego ;) Całkiem ładnie udało się wyćwiczyć driving do tyłu "zza ogona". Na początku za nic nie mogła zrozumieć o co chodzi, to pewnie zasługa chaosu z mojej strony. Przez tak długą przerwę w komunikacji ucierpiała klarowność przekazu z mojej strony, muszę nad tym popracować, bo widzę, że rudzielca to denerwuje (,,to czego ty w końcu chcesz??''). Z jej strony mniej jest precyzji - cofnęłyśmy się w rozwoju, jak patrzę na nasz filmik zaliczeniowy z L2 on-line (maj zeszłego roku) to zastanawiam się, czy byłabym teraz w stanie w tak wietrzny dzień uzyskać podobnie dokładne i spokojne odpowiedzi na moje prośby od Campi. Popraktykujemy, dogramy się na nowo.

Kupiłam nowe materiały parellowe. Liczę na jakąś motywacje z ich strony. Coś jak ta książka kucharska z hasłem reklamowym "Ta ksiązka zaoszczędzi ci połowy roboty w kuchni!" (poproszę dwie!)

A ostatni weekend? Najpierw próbowałam na wolności powtórzyć cofania - ale w głębokim śniegu cofanie wybitnie źle szło, więc rudzik wykombinowała sobie czynność zastępczą: zamiast cofać, zbierała się na zadzie, po czym robiła wyskok w bok, pętlę dzikiego galopu z brykami i zadowolona z siebie wracała do mnie. No przecież nie zbiję konia za to, że przybiega do mnie galopem i parkuje przede mną z nastawionymi uszami, prawda? :P Jednak jak zrobiła to trzy razy, włączyła mi się lampka alarmowa - wzięłam ją na długą linę i powtórzyłam prośbę - próba odfrunięcia - zatrzymanie liną (niestety ten schemat trzeba wykorzenić, bo mi niepotrzebny) i nagrodzenie marchewą za cofnięcie o trzy mikrokroki (próbował ktoś cofać w śniegu po stawy skokowe/nadgarstki? Trzy kroki to było osiągnięcie!). Powtórzyłyśmy takie podstawowe jojo na dwa-trzy kroki kilka razy, aż przestała mieć ochotę się urywać. Wtedy dla jej przyjemności pokazałam jej sygnał do tego, co chciała robić, czyli po cofnięciu o dwa kroki odesłanie w bok jak do circling. Ruszyła jak z procy, zrobiła dwa kółka, wróciła na sygnał do mnie, tak zadowolona jak już dawno nie była. Za to też dostała marchewę, a co ;). Później jeszcze powtórka drobna na wolności, oba manewry działają, zaproszenie do okrążania powodowało wybuch dzikiej chęci do biegów :) Chyba już nóżka rudzielca wcale nie dręczy. Kulawizny na płaskim też nie widać. Okrążania w prawo jeszcze się boję, więc póki co tylko na wolności o to proszę - żeby sama dobrała łuk, po którym wygodnie jest jej skręcić. Nie odmawiała, choć szła po dużym... no dobra, jaju. ;) Ważne, że w prawo już chodzi (wcześniej nawet stępa odmawiała i próbowała zmienić kierunek). To wszystko na ich padoku, w kopnym śniegu, za życia Campi takiego nie było. Naprawdę się poruszała :)

Bez zachęcania ruszać się nie mają bestie ochoty, głównie stoją przy płocie, trochę się kręcąc. Po takim przestoju na kopytach od spodu robią się kulki śniegu i powrót do stajni jest trudny - ślizgają się na tych koturnach, idąc po kostce. Jak trochę pobiegały, to nie miały "kapci" - krązenie w kopytach ruszyło i śnieg się ładnie odkleił :) Nie ma już problemu ze śniegiem trzymającym się podeszwy w przedniej częsci kopyta, nie dającym się odskrobać (rok temu z tym walczyłam). Zniknął razem z klinem rogowym :) Teraz jak odpada - to cała kulka, zostawia piękne, czyste kopyto, najwyżej w rowkach nieco śniegu. To sukces kopytny. :)

A teraz w temacie - czyli niepewność nóżkowa. Rude ogólnie nie ma pewności w stawianiu nóg na przedmiotach. Nie miałyśmy podestu z prawdziwego zdarzenia, żeby poćwiczyć włażenie. Takie rzeczy jak pieniek są w jej ocenie zbyt małe i niestabilne - jak mi się udało uzyskać postawienie jednej nogi czubkiem na takim "wynalazku" to byłam szczęśliwa. Pewnie ma znaczenie i to, że wg mnie to było za trudne na początek, więc nie wierzyłam, że uda jej się na tym postawić dwie nogi. Opona? Kilka razy robiłyśmy podejście, głównie grzeb, grzeb, jak się przy okazji zaczepiła za nogę, to paniiiikaaaa! Trochę nad tym pracowałyśmy w lecie, zanim kulawizna rudzielca dopadła, było nieco lepiej, ale wciąż jeszcze brakuje sporo do ideału. Próbowałam prosić ją o włażenie na europaletę, ale deski za słabe, trzeszczały i pękały - bałam się, że nogę w to wsadzi, więc również odpuściłam. Niedawno w stajni pojawił się podest z prawdziwego zdarzenia - wzmocniona europaleta, z nabitą gruuubą warstwą płyty wiórowej (takiej wzmocnionej - MCB?). Nie ma obaw, że to pod końskim kopytem trzaśnie, wiec można wchodzić swobodnie. No, można by było, gdyby nie było upiornie ŚLISKIE. Rude podeszło, spróbowało, ślizgnęło się i powiedziało O, NIE. Później inne konie próbowały - jeden wszedł, drugi wszedł, Chons bojący się przyczep wszedł ;) co niektórzy zaczęli praktykować mieszczenie się na palecie czterema nogami. Oj, nie odpuścimy! Problem, hurra!! Na pierwszej sesji zgrubne oswajanie, skończyłyśmy na postawieniu jednej nogi czubkiem na palecie (nie obciążyła jej, ale nie zabrała od razu). Wczoraj druga sesja. Najpierw próba na wolności. Zawołałam rude, przyleciało (po sesjach padokowych ogólnie chętna była) - pokazałam paletę - a ona przywdziała minę ,,sorki, zostawiłam krupnik na gazie, muszę lecieć, pa!..'' i odbiegła kilka metrów, zatrzymała się i patrzy na mnie lekko niepewna. Cóż, argumentu trzeba. Wzięłam linę, stanęłam przy palecie i wołam zwierzę. Przybiegło, dało się okantarzyć. Pokazałam paletę - liny nie musiałam napinać, sama jej obecność spowodowała nastawienie ,,no dobra, chyba serio mówisz, spróbuję...''. Pierwszy plasterek marchewy był za oparcie kopyta czubkiem. Drugi - udało mi się uchwycić obciążenie jednej nogi na ułamek sekundy. Trzeci też za obciążenie, o ułamek sekundy dłuższe. Później stanęła ostrożnie na tej nodze (druga w powietrzu), a ja "otworzyłam bar" i karmiłam marchewami, aż mi się skończyły, zwierz JADŁ i był zachwycony, w międzyczasie drugą łapkę brzegiem kopyta dostawił. Po opróżnieniu baru poprosiłam o wycofanie, zdjęłam kantarek i poszłam po kolejną porcję marchewek. Wróciłam na padok z nową amunicją, zawołałam zwierza, poszłam w stronę palety, a ona... (na wolności) zaparkowała ostrożnie obiema przednimi nogami na palecie i wyciąga ryjek :) Dostała dwie pokrojone marchewy w kawałeczkach i zdecydowanie była szczęśliwa, później sama z siebie wlazła głębiej, próbując zadnią nogę dostawić. Jak widać, marchewki moje zwierzątko motywują :D Na następnej sesji spróbujemy parkowania czterema nogami i parkowania dwiema bez marchewek (myśle, że nie będzie już problemu).

Dwie refleksje.

Po pierwsze, motywacja marchewkowa dodaje młodej* te brakujące punkty w walce ze sobą. Przy czymś, co jest dla niej trudne do zrozumienia, wymagające fizycznie lub emocjonalnie, dodatek marchewy jako doceniam to, że się starasz działa cuda. Nie pierwszy raz to widziałam. Zamiast zniechęcenia, jest staranie. Po przełamaniu pierwszych lodów mogę ją prosić o wykonanie danej czynności bez motywatora jedzeniowego i robi to bez dyskusji. To na te pierwsze razy naprawdę świetny klucz. Cieszę się, ze mamy szacunek na takim poziomie, że mogę go używać :)

Po drugie - ten koń naprawdę jest niepewny swoich nóg. Jakakolwiek czynność wymagająca wstawienia gdzieś nogi, stanięcia na czymś, w czymś, wyraźnie powoduje jej stres. Na tym tle nie mogę pojąć, jak, mając opanowane ledwie podstawy L1 i zaczątki związku emocjonalnego z nią, nauczyłam ją w jeden dzień wchodzić do przyczepy. Udało się chyba tylko dlatego, że nie wiedziałam, że może się nie udać, hehehehe... :)

Bardzo fajna sesja. Obie miałyśmy z niej dużo radości, satysfakcji z postępów też. Więcej takich!

*- muszę powoli przestać nazywać ją młodą. To określenie należy się trzyletniej Brysi, ale Campina kończy w maju... siedem lat. Czas leci... :)

2 komentarze:

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

W marchewkowym opisie chyba się trochę pomyliłaś. Zamiast "Campina" powinno być "Duszek". Poza tym wszystko się zgadza co do joty!

Ja na paletę nabiłam listewki, bo była ślizgawka. Bałam się, że pojedzie do przodu i nogę rozwali.

dea i Campina pisze...

Rudzielce :)

Ja też bym się bała. Gdyby cała stajnia nie spacerowała po tej palecie w tę i we w tę. Stwierdziłam wtedy: O, nie. Inne konie wchodzą, ja potrafię tak wejść, żeby się nie wyrąbać, paleta leży płasko - dasz radę, panienko, kombinuj.

Wyzwanie było... ale myślę, że to będzie krok milowy z oswajaniem nóżek. I może z zaufaniem/respektem/komunikacją też - zawsze po trudniejszych zadaniach jakoś lepiej nam się gada.