7 paź 2008

Wietrzne emocje

W niedzielę nieźle wiało. Szkoda było marnować taką okazję, więc miałyśmy dzień pracowania nad emocjami - z Campiną i Wiedźminem. Siodło na grzbiet wrzuciłam, żeby się zwierzę dalej oswajało w różnych sytuacjach, i poszłyśmy z kopytnymi nad jezioro. Wiało naprawdę nieźle - nawet Campina odrobinę się nakręciła, także wyrazy szacunku dla Wiedźmina, który wcale nie wyglądał bardziej nerwowo od rudej. Ani razu się nie wyrwał! Nad jeziorem zdecydowanie były zaniepokojone - okazało się, że falująca w ogólnym szumie drzewnym woda, to nie to samo, co gładka powierzchnia, która się nie rusza - rude fuknęło i nie miało zamiaru podejść do brzegu. Przy okazji na tym przykładzie zaprezentowałyśmy koleżance z dawnych końskich lat, na czym polega oswajanie konia ze strachami - po kilku przybliżeniach i oddaleniach, z odpuszczaniem w odpowiednim momencie, Campina weszła spokojnie do wody czterema nogami i wąchała powierzchnię - bardzo pozytywnie :)

Następny plus - w ramach uspokajania i skupiania na mnie spróbowałam chodów bocznych - okazało się, że niespecjalnie działają w tym zakresie (albo raczej działają za dobrze), moje zwierzę potrafi zasuwać bokiem i nadal nie myśleć. Tak więc druga próba: cofanie pomiędzy drzewami. Drzewa były dosyć blisko siebie, tak, że było ok. 10cm luzu od boków rudzielca. Jeszcze nie tak dawno nie było mowy, żeby prosto przeszła przez takie "imadło". Zad spływał na boki, oglądała się. Trzeba było najpierw przeprowadzić przodem, pobawić się w jojo. Teraz? Wpatrzona we mnie i skupiona: To co mam zrobić z zadem, żeby trafić? w lewo trochę? pół kroku w prawo? OK. Teraz dobrze? Do tyłu? OK. To zadziałało magicznie - koń od razu do mnie "wrócił" i na tyle mało fruwał, że można było pooswajać wodę. Oswojenie wody uspokoiło nas jeszcze bardziej, więc można było wracać. Bardzo udane wyjście :)

Po powrocie poszłyśmy jeszcze na chwilę na ujeżdżalnię. Aga była zajęta Wiedźminem, więc stwierdziłam, że wsiądę sama. Jak postanowiłam, tak zrobiłam - okazało się, że takie samodzielne wsiadanie na stój też jest stresem dla rudzielca. Było trochę ziewania. Raz ruszyła o krok, ale zatrzymała się na głos i pogłaskanie po szyi - wyraźnie rozumie to jako jakieś dziwaczne friendly ;)

Było też trochę zębów przy wsiadaniu - ale te zęby wyglądały inaczej, bardziej lewopółkulowo, więc i strategia inna: poproszenie o ruch. Znowu trafione - zadziałało. Ciekawe co jeszcze rudzielec wymyśli...

Trochę się "proszę" o te lewopółkulowe kombinacje, bo, przyznaję się bez bicia, daję jej kawałek marchewki/jabłka jak zsiadam. Widać, że zrobiła się nieco bardziej "przepychalska", ale jeszcze jakiś czas chcę powzmacniać. Pozytyw jest taki, że jak siedzę na niej, to nie kombinuje, zsiąść mi pozwala, poluźnić popręg też - a później odwraca paszczę do mnie z pytaniem w oczach.

Miałam ochotę ruszyć, ale nie czuję się pewnie przy niezamkniętej ujeżdżalni. Gdyby była porządnie zamknięta, spróbowałabym się pobujać. Może następnym razem przytargamy jakieś drągi. Po lonżowniku jeździć nie będę. Niewygodnie - toć to jeden wielki zakręt. A mój koń nie wygląda na biegoholika ;) więc nie ma potrzeby tak jej ograniczać.

Brak komentarzy: