26 paź 2008

To samo a jednak inne

______
Wczoraj mieliśmy dzień, kiedy wszystko się udawało. Ćwiczyłam przejścia (kontynuujemy million transitions) i wychodziły nam tak dobrze, że włączyłam przejścia z i do galopu. Duszek był skupiony, nawet nie próbował nurkować do trawy, spokojny, nic go nie płoszyło (nawet nagłe strzały). Pomyślałam, ze może w końcu jakoś ustaliliśmy nasze relacje i w jakimś stopniu zaufał memu (od kursu praca na nad jest moim bezwzględnym priorytetem).

Dziś Dusina rozwiał moje złudzenia. Jeździliśmy na tej samej ujeżdżalni, ale nie było to już to samo miejsca. Od początku pełne było jakiś ukrytych strachów. Na dzień dobry czegoś się przestraszył i wykonał swój autorski skok w bok, follow the rail uważał za zaproszenie do jedzenia trawy rosnącej pod tym railem, PPL dało okazją do skoku w przód (dzięki czemu doszłam do wniosku, że wolę skok do przodu niż w bok) itd. itd. W dodatku dziś jeździłam na Barefoocie, które jest bardziej poślizgowe niż Izabelka, co nie przyczyniało się do podniesienia mojej pewności siebie.

Co jeszcze nam wyszło wczoraj? Duszek STANĄŁ CZTEREMA NOGAMI NA PODEŚCIE!!!! Wchodzenie na podest ćwiczymy w ramach nauki wchodzenia do przyczepy. Przyczepy niestety nie mam, ale ponieważ progiem dla Duszka było postawienie tylnych nóg na trapie przyczepy, wymyślam różne zabawy angażujące strefę 4. Jedną z nich jest wchodzenie na podest (Podest to paleta, na to płyta, na to wykładzina). Niestety, jest to dość śliskie (muszę dodać jeszcze jedną warstwę, ale brak pomysłu), ale chyba Duszek już się z tym oswoił. Wchodzenie przednimi nogami od początku było normalką (po wakacyjnym wchodzeniu na podest z opony). Potem doszło przechodzenie przez podest, potem zatrzymanie z tylnymi nogami ma podeście. No i był to właściwie koniec postępu w tej zabawie (bo nie liczę jednorazowego postawienia czubka kopyta trzeciej nogi). Wczoraj po zakończonej jeździe w drodze do stajni zahaczyliśmy o podest, podchodzimy, pokazuję ręką kierunek, Duszek wchodzi czterema nogami, zatrzymuje się i patrzy na mnie z dumą na twarzy. Mnie aż zamurowało. Dostał marchewkę, postaliśmy i zakończyliśmy zabawę (ja z kolei byłam z siebie dumna, że potrafiłam zrezygnować z „przedobrzenia”, gdy zrobił to, co chciałam – to postęp z moje strony).

Dziś to samo zadanie nie poszło tak błyskawicznie. Wchodził, stawał przednimi nogami, zostawał z tylnymi nogami, ale stanąć czterema nie chciał. Pomyślałam, skoro nie, to kończymy udanym zatrzymaniem tylnych nóg. Pokazuję kierunek, Duszek na mnie łypie, wchodzi, przednie nogi, tylne i stop! Stoi, patrzy i mówi: Widzisz, potrafię! Postaliśmy, wygłaskałam, wydrapałam w ulubione miejsca (niestety, nie miałam cukierka) i poszliśmy na trawę.

To nie koniec wczorajszych przyjemności. W drodze na padok postanowiłam się pobawić w „stick to me” na wolności. Odpięłam linę, najpierw szliśmy do przodu z zatrzymywaniem i cofaniem. Potem dodałam szybsze tempo – kłus na prostej, potem okrążanie. Było super, dodałam zagalopowywania. W obie strony bez problemów, na dobrą nogę, Duszek przyklejony do moich pleców, ale uważny, bo jak się zatrzymywałam, nie wpadał na mnie (sama sobie się dziwiłam, że w ogóle nie miałam obawy, że na mnie wpadnie). A co najważniejsze, odbywało to się na trawiastym padoku. Mój żarłok zrezygnował z żarcia! A jaką mieliśmy publikę! Padok ten przylega do padoku, na którym pasło się stado Duszka. I te wszystkie konie stanęły równo przy ogrodzeniu i patrzyły, co robimy.

Bardzo mi wczoraj brakowało fotografa.

2 komentarze:

dea i Campina pisze...

Gratulacje Naprawdę Dobrego Dnia! To niesamowicie pozytywne uczucie, kiedy coś takiego się zdarza i koń tyle od siebie oferuje. Tylko jak trudno potem nie wymagać tego samego poziomu na co dzień... :>

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

No właśnie! I planuje się coś na podstawie dania poprzedniego, a potem kicha, bo koń pokazuje środkowy palec.