25 paź 2008

Odcinek gościnny i jazda... niekoniecznie do przodu


Dzisiaj odwiedziliśmy stajnię Turze. Zapoznaliśmy się tam z paroma końmi, którymi opiekuje się nasz znajomy. Między innymi z arabkiem Elaboratem, który mnie oczarował...


Tak naprawdę, to przyjechałyśmy tam głównie poznać Poranka - konia, ktory jest własnością naszego przyjaciela. Poranek niedawno wrócił z operacji stawu skokowego w Gliwicach. Dzielnie się chłopak trzyma, niestety nieco zbyt żywiołowo zareagował na wyprowadzenie i nie mógł pójść z towarzystwem na trawkę, wrócił do boksu.


Później zabrałyśmy dwójkę kolejnych podopiecznych na spacer do lasu - półtoraroczną arabkę Zorzę i straszego wałacha Feliksa. Jako że oba były dość ruchliwe, zdecydowałam, że będzie bezpieczniej przebrać je w kantarki sznurkowe i nie ryzykować, że nas gdzieś przeciagną albo uwiazowy karabińczyk się rozepnie...

Zorza na początku była lekko spanikowana, nie potrafiła ustać w miejscu i w sumie bardziej przypominala żyrafę niz konia ;)


A tutaj - to nie ja puściłam falę na linie, tylko ona przeraziła się nagle obecnością halterka na paszczy i podskoczyła:


..koń czy żyrafa?... OK, może faktycznie lama :)


...żeby nie było, że tylko Zorza udokumentowana... Feliks:


A Zorza się uspokoiła na koniec spaceru, szła już zupełnie inaczej, nie tańcowała bokiem podskakując na każdym listku :)


uszy na boookiiii...


*****

Żeby nie było, że nasze zaniedbujemy - w naszej stajni też byłyśmy, ale pani fotograf była zajęta swoim Wiedźminem ;) więc zdjęć nie ma. Rude miało dzisiaj ciekawy humorek i było dość rozkojarzone - no tak, pojawił się nowy koń w stadzie, El Amigo, siwy arabek Ani, a właściwie Mateusza. Rude oczywiście musiało dać sobie zawrócić w głowie ;)
W związku z tym musiałyśmy sobie nieco przypomnieć trzecie "L" - w ramach energetyczniejszych zabaw wprowadziłam jojo z szybszym cofnięciem i podejściem kłusem, trochę powtórzyłyśmy circling i różne sposoby przywołania. Grunt, że koń się skupił, a ja mogłam zabrać konia do stajni, odmyć nogi z grubej warstwy blota, a następnie zabrać konia na trawę i odkuć resztę konia z równie grubej warstwy błota.

Sama się dziwię, że zdążyłam ją jeszcze osiodłać i wsiąść, ale niestety miało to miejsce już po sprowadzaniu koni. Rude wybitnie chciało iść już na kolację. Wsiadanie zniosło dobrze, ale z ruchem do przodu już tak różowo nie było. Nie dało rady za bardzo odjechać od bramki (najdalej 3m ;)), a ona proponowała mi, w odpowiedzi na sygnał do ruszenia, częściej chody boczne, niż prosty ruch w przód :D Zabawne, myślałam, że to trudniejszy ruch. No cóż, pewnie wynika to też z problemów z równowagą. No i z tego, że nie chciała za bardzo odchodzić od bramy.... Z ciekawości sprawdziłam cofanie na pukanie palcem w linę (z ziemi mamy to rozpracowane bardzo dobrze) i.... cofnęła!! Zupełnie bez problemu, bez wahania, kroki może nieco mniejsze niż z ziemi, ale całkiem ładne.

Teraz poproszę tylko o taki sam sygnał na ruch do przodu i będzie świetnie ;) Powoli zmienia mi się "focus" - nie ma co mysleć nad możliwościami zatrzymania, tylko raczej nad utrzymaniem ruchu, w miarę możliwości nie bokiem i nie po kółku o średnicy 2m tuż przy bramie ;)

Brak komentarzy: