5 sie 2008

Wakacje w skrócie cz. 3 i ostatnia

______
My horse won’t go
Tego nie było w planie, ale wymusiła to na mnie sytuacja. Wraz z upływem dni Duszek coraz mniej chętnie poruszał się na ujeżdżalni. Na początku zagolopowywał, a doszło do tego, że po kilku krokach kłusa gasł. Zdesperowana obejrzałam płytę „My horse won’t go” i zaczęliśmy jeździć tak, żeby koń miał cel, czyli „point to point”. Też było trudno, ponieważ niewiele było tych „pointów”, do których mogliśmy zmierzać, ale i tak metoda zadziałała. Po aktywnym poruszaniu się do wybranych punktów Duszek, jak George z filmu, zaoferował ruszenie chodem wyższym niż stęp. Co prawda był to kłus, a u George’a galop, no ale ja w końcu nie PP. Niestety, nie zdążyliśmy popracować nad dokładnością zatrzymań.

Załadunek
Wizja załadunku Truskawki spędzała mi sen z powiek. Ćwiczyć nie mogłyśmy, bo tamtejsza przyczepa miała awarię. Więc pozostało mi cierpieć w milczeniu. Dzień wyjazdu był dla mnie dniem tortur. Jak sie okazało, zupełnie niepotrzebnie. Truskawka po prostu weszła i spokojnie czekała, co będzie dalej. Żadnych nerwów, czy wzorem Duszka wytrzeszczania oczu. Sprawdziły się słowa Sylwii, że konie, które nigdy nie miały do czynienia z transportem, często nie widzą w tym nic niezwykłego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że drugi raz może być gorszy, bo będzie kojarzyła, że potem się jedzie. Ale pan przewoźnik mówił, że była bardzo spokojna podczas jazdy (miał monitor w kabinie). Mam nadzieję, że nie było to dla niej bardzo przykre przeżycie, tym bardziej, że nie jechała sama, a z innym koniem i w dodatku takim, z którym przez 3 tygodnie spędzała na jednym pastwisku dnie i noce.

I Truskawka już jest z nami.

Na podsumowanie wakacji wakacyjne zdjęcie trzech mężczyzn mego życia. Do kompletu brakuje kobiety mego życia, ale zastępczo pod Jaśkiem jest matka owej kobiety. W tle straszne krzaczory.

Brak komentarzy: