3 cze 2008

Buntujemy się... troszeczkę ;)

Nadal męczę Campinę galopem na linie. Nawet trochę bardziej, bo do tej pory nagradzałam minimalne staranie - czyli jedno foule galopu i zaraz przywołanie do mnie. Z jednej strony OK, bo konica widzi, że się opłaca, dużo szybciej już próbuje galopu jako odpowiedzi. Z drugiej strony - to za krótki czas, żeby się uspokoiła - wołam ją nakręconą. Efekt miałam ostatnio - w niedzielę.

Trochę się pobawiłyśmy w różne spokojne przestawianki wokół węża z wodą, w ramach moczenia kopyt (strasznie sucho mamy, kowal narzekał, że nie da rady wywerkować na sucho :/), a później poprosiłam o okrążanie. Dwa kółka umierającego stępa, rozgrzewki trochę wcześniej było - to może poćwiczymy przejścia stęp-kłus chwilkę? Reakcja na prośbę o przejście w górę - oooooo, nie! Rude położyło uszy, zatrzepało głową, odwróciło się do mnie zadem. A ja na to - ooooo, nie, własnie, że pójdziesz, moja droga.

Ona zawsze bez przekonania straszy - usiłowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek mnie celnie kopnęła - nie, zawsze jest to najwyżej postraszenie (a potem sama się tego przestrasza ;)). W każdym razie nie boję się jej, chociaż jak zobaczyłam ten wycelowany we mnie zad, to stwierdziłam, że cieszę się, że to właśnie ten koń. Inny mógłby przywalić naprawdę. Muszę trochę popracowac nad bezpieczeństwem pracy, bo w końcu nie tylko z rudą się bawię, a jej ostatnia chęć współpracy uśpiła mi czujność. BHP - ważna rzecz.. ;)

Później za radą Ani podłączyłyśmy zmiany kierunku "na prośbę konia" - tzn. kiedy zwalniała samowolnie do stępa, była zmiana kierunku i kłus w drugą stronę. Zrobiło się dość dynamicznie, jeszcze parę kółek rude miało "wąty" - ale wreszcie zaczęła iść inaczej, luźniej, myśląco. Ahha, odzyskuję konia :) W końcu wyszły nam zagalopowania na obie strony, kawałeczek kłusa jeszcze i dopiero przywołanie. Było ziewanie, czyli jednak stresik... Dziewczyna nie lubi się ze mną kłócić ;)

Pozytyw: dzisiaj przyszła do mnie na pastwisku. Przyjechałysmy z Agą po robocie, wygłaskać paszcze i wypaść lekko na bujeniejszej trawce przed moim wyjazdem na kurs, bo w weekend mnie w stajni nie będzie. Zabrałyśmy na trawę wszystkie trzy, bo żal nam było Bryśki. Bryśka szła ze mną i z Campiną, która baaardzo cierpliwie znosiła jej czołgowanie. Niniejszym mamina źrebica otrzymuje kolejny wariant imienia: Bryśtaran (pieszczotliwie Bryśtaranek). Oj, trzeba będzie mamę zmobilizować, bo już nawet Campi miała trochę dość pchającej się Smoczycy. Co prawda na linie ruda nawet nie mrugnęła, ale jak je obie odpięłam po powrocie, to lekko ugryzła Bryskę (właściwie bardziej odepchnęła zębami) i machnęła nogą w jej stronę, tak jakby chciała powiedzieć a idź mi już i nie denerwuj, gówniaro niewychowana :P, a potem odeszła w stronę koni.

Inny koń, naprawdę. Moja bestia, potworny żarłok, nietolerująca innych zwierząt, z ledwością akceptująca Bilona, teraz wącha świnię stajenną z postawionymi uszami. Nie zwraca uwagi na stajenną sukę. Rży na widok Brysi. Więcej - mogę ją "przywiązać" obok niej i prowadzić je razem, mimo że źróbka dosłownie wisiała na Campi momentami ;) Nawet nie próbuje sięgać do trawy "w trasie" (nie to, co Bryśtaranek). Ech.. :) Dorosła mi panna psychicznie i emocjonalnie baaardzooo.

A Aga robi postępy z Wiedźminem. Przy okazji zabaw z wodą pierwszy raz chyba widziałam, jak bardzo on się starał dla niej. Coraz częściej jest skupiony i słucha. Jeszcze troszkę więcej stanowczości by się przydało chwilami, ale... zaczynam wierzyć, że nie będzie wierzgów w terenie ;)

Brak komentarzy: