______
Jakoś blogowicze wymiękli. Nawet Dea, chociaż niedawno wzywała do aktywności. Hola, hola, budzimy się ze snu zimowego. Już prawie wiosna!
U nas „prawie wosenny” weekend przyniósł dwie nowości.
Nowość numer jeden: próba wyjazdu w teren. Władowałam się na konia na ujeżdżalni, trochę postępowałam i ruszyliśmy w stronę bramy. Dodam, że cały teren stajenny jest dość duży, w związku z czym z ujeżdżalni do bramy jest kawałek drogi. Wzdłuż ujeżdżalni Duszek szedł spokojnie, bez oporów. Potem jest kawałeczek pomiędzy drzewami. I ten odcinek nie był już łatwizną. Robiliśmy kilka kroków, Duszek stawał, dumał, potem znowu kilka kroków do przodu, kilka do tyłu, znowu stop. I tak to wyglądało. Parę razy zawróciłam, robiliśmy zwroty przy pomocy wodzy pośredniej, w jedną stronę, drugą, do momentu aż kółeczko wychodziło spokojne i znowu do przodu. Ale ponieważ widziałam, że tego dnia Dusiaczek nastawiony jest podejrzliwie do otaczającego świata, postanowiłam zmienić plany (nauczona bolesnym doświadczeniem nie popycham go poza jego strefę wygody). Nowy cel: dojść do bramy wyjściowej. I tak zrobiliśmy: approach and retreat, brama, wracamy na ujeżdżalnię. Pewnie przydałoby się pojechać za innym koniem, ale musiałby na nim siedzieć ktoś, kto niekoniecznie musi „cała naprzód”, a nie wiem, czy ktoś taki jest.
Na ujeżdżalni pokłusowaliśmy, trochę cofania, chody boczne – w prawo wychodzi, w lewo nie. I nowość numer dwa: udało mi się zatrzymać Dusiaczka przy pomocy samego dosiadu. I na pewno nie było tu żadnego przypadkowego działania wodzą, bo stępowaliśmy z wodzą rzuconą na szyję, w ogóle jej nie dotykałam. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pomógł mi brak „oporu materii”, bo Duszek woli się zatrzymywać niż wyrywać do przodu, ale co tego, skoro zrobił to na mój sygnał!!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz