______
Od ostatnich opadów deszczo-śniegu, czyli co najmniej trzech tygodni, nasza ujeżdżalnia przemieniła się w bajoro (bo nawet nie można nazwać tego błotem) i zupełnie nie nadaje się użytkowania. W związku z tym praca z koniem była tylko naziemna, bo jakoś nie mogłam wskrzesić w sobie chęci jeżdżenia w bajorze. Ale w ten weekend postanowiałam spróbować pojeździć na łące, która, mimo że podmokła, nie jest rozmyta i stanowi dość stabilne podłoże.
Dzień pierwszy, sobota:
Wciagnęłam bryczesy, siodło przygotowane, ruszyłam po Duszka. Pokonałam błotniską przeszkodę, jeszcze niedawno zwaną ujeżdżalnią, pokonałam najgorszy fragment wybiegu końskiego, wzięłam Duszka na sznurek i ruszyliśmy do wyjścia. Wyszliśmy, zamknęłam wyjście, odwróciłam się .... i w tym momencie błocko najpierw mnie wessało, następnie tak zassało, że nie mogłam się ruszyć, a jak już puściło, to wylądowałam częściowo pupą, a częściowo kolanami w czarnej mazi. Zimnej i ohydnej. W ten sposób jazda została anulowana, bo stan ubrania zdecydowanie nie pozwalał na siedzenie ani w siodle, ani na niczym innym. Więc poszliśmy „umięśniać Duszka”, czyli połazić po górce. Na górce z Duszka robi się inny koń. Widać, jak pracuje zadkiem, jak ładnie wygina szyję i ustawia głowę. W drodze powrotnej spłynęło na mnie natchnienie jak wykorzystać to, co aura nam sprezentowała. Na łące jest kilka rowów z wodą, są raczej płaskie, płytkie i nie mają stromych brzegów, więc naprawdę fajne do oswajania. Pokonywaliśmy te rowy na różne sposoby: przeskakując, przechodząc i cofając. Cofanie było naszym sobotnim osiągnięciem. Zaczęliśmy od dwóch tylnych kopytek w wodzie, zakończyliśmy spokojnie przechodząc przez cały rów tyłem. Podobały się chłopakowi to zabawy, bo jak go odprowadziłam na wybieg, to nie poszedł do kumpli, tylko patrzył w moim kierunku i szedł za mną wzdłuż ogrodzenia. Strasznie żal mi było go zostawiać.
Dzień drugi, niedziela:
Wciągnęłam bryczesy numer dwa, siodło przygotowane, zdeterminowana, że dziś jeździmy, ruszyłam po Duszka. Pokonałam wszystkie przeszkody bez wypadku, Duszka nawet na sznurek nie musiałam brać, bo szedł za mną jak przyklejony. Osiodłałam i poszliśmy na łączkę. Wsiadłam – i tu okazało się, że mamy rozbieżne pomysły na to, co będziemy robić na tej łączce. Mój pomysł: wiadomo, jeździmy. Duszka pomysł: wiadomo, łączka to trawa, czyli koń je. Dwa kroki do przodu, łeb leci w dół. Cofamy, cofamy, stop. Dwa kroki do przodu – znowu łeb w dole. Z ziemi już od jakiegoś czasu ćwiczymy, że może jeść na sygnał i na sygnał ma przestać. Pierwszy sygnał opanował błyskawicznie, drugi sygnał tez rozumie, ale wolniej na niego reaguje. Natomiast jeszcze nie akceptuje (albo nie zrozumie), że bez sygnału się nie je i wciąż tylko czycha na moment, żeby to zrobić. I wyraźnie nie robi mu różnicy, czy ja obok czy na górze. W ten sposób potwierdziliśmy zasadę: jak coś nie wychodzi z ziemi, to tym bardziej nie wyjdzie z siodła. Jazda na łączce okazała się klęską totalną. Nie miałam żadnego pomysłu, co z tym zrobić, bałam się, że zacznę się z nim szarpać, więc zeszłam i dostał kilka zadań z siodłem na grzbiecie bez pozwolenia na jedzenie trawy.
Poćwiczyliśmy jeszcze ustawianie przy podwyższeniu, bo o ile lewą stroną Duszek ustawia się prawie bezbłędnie, to prawa nieco szwankuje. Podwyższenie było trudne, bo była to wielka góra słomy przykryta szeleszcząca płachtą, ale poszło całkiem nieźle, raz tylko lekko drgnął, gdy zahaczył o tę płachtę.
A w ogóle kto to wymyślił, żeby w połowie grudnia była zielona trawa i wystawiała biednego konia na pokuszenie, a biednego właściciela na frustrację!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz