8 lut 2007

Nieplanowany pasażer jednolinowy

Czy mówiłam już, że w PNH wszelkie plany szlag zazwyczaj trafia? W drodze z miasta dzieci w samochodzie mi posnęły, więc po zajechaniu na moją wieś wbiłam się piorunem w nowo nabyte termobuty (kto nie ma, ten trąba :)) i poleciałam na randkę z Czarnuchem w gęstniejącym mroku. Jak zwykle ostatnio bareback pad, teraz na dodatkowych futerku i piance, kantar i lina związana w wodze. Wsiadłam, przeszliśmy kawałek i wodze mi się rozwiązały... Nie chciało mi się zsiadać, skoro się już wdrapałam, pal licho, pojeżdżę z jedną liną, zobaczymy, jak nam skręty idą w tej konfiguracji. Czarny momentalnie załapał, że coś się zmieniło, ja się chyba jednak spięłam, dość, że momentalnie znalazłam się w trybie "pasażer". Nawet nie chodzi o to, że się nie słuchał, po sygnale łydką i wykończeniu delikatnie liną "po wodzowemu" wewnętrzną lub machając drivingowo końcówką sznurka czy też kładając się jeżowo na szyi zewnętrzną wszystko grało, Czarny skręcał, zatrzymywał się też zawodowo, ale ewidentnie miał też własne propozycje typu "a może szybciej?", "a może pogonimy krowy? (akurat trzy pętały się po pastwisku i jedna, młoda, ewidentnie próbowała zabawić się z Czarnym w berka) "a może pojedziemy tam daleko?", a ja na te propozycje dość się spinałam, bo nie taki ze mnie znowu wyjedzony oklepowiec, i nie nadążałam myśleć i działać, bo strasznie byłam zajęta swoimi obawami. Czułam się okropnie, pochylona do przodu, spięta, balansująca idiotycznie. Ale po kilku minutach wszystko to zaczęło mieć sens, udało mi się rozluźnić i zaczęłam eksperymentować. I była to świetna jazda. Czarny i sytuacja postawili przede mną nowe wyzwania, i w sumie - daliśmy radę. Nabrałam trochę nowej pewności siebie, bo mimo dwóch spłoszeń jakoś nie zleciałam; dostałam nową informację ("nie bądź taka zadowolona z siebie, laleczko, bo jak tylko szybciej przebieram nogami, to się gubisz, więc lepiej popracuj nad sobą"); znów jeszcze mocniej zaufałam mojemu koniowi (ciemno, krowy latają wokół, psy nagle pojawiają się w świetle domu, ja się obijam na grzbiecie, a on mimo wszystko tak spokojnie, za nas dwoje spokojnie); zaczęłam szybciej i energiczniej myśleć i przetwarzać to myślenie na ruch mojego ciała, no i były takie momenty, dla których warto było się spocić (bo spociłam się jak mysz - ze strachu, emocji, wysiłku umysłowego i fizycznego) Takie łagodne, ale energiczne kołysanie grzebietu Czarnego, moje elastyczne zgranie... Największe szczęście na świecie na końskim siedzieć grzbiecie :)

Brak komentarzy: