Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
16 lis 2006
Wiatr mnie poniósł...
W ramach eksperymentów z nudów i ochoty na nieznane wsiadłam dziś na Siwego i pojechałam z Olem pod Emanem w teren. Siwy coś odrobinę wstępnie początkująco parelistyczny, ale w sumie nie odbija się to jeszcze w jego zachowaniu, z siodła jeżdżony normalnie, na kontakcie i grubym, gumowym wędzidle. Siodłanie? Siwy kręci się, przeciąga mnie to tu, to tam, je trawę, przyczepiony do niego człowiek (ja konkretnie, może Agnieszkę nieco bardziej szanuje) nie robi na nim specjalnego wrażenia. Powinnam odpuścić, ale pomyślałam sobie, nie mój konik, nie będę go układać, po prostu pojedziemy sobie w teren na spacerek, to umie robić. Ale zaczynałam juz rozumieć, co to za typek :) Wyprowadziliśmy konie kawałek w ręku, wsiedliśmy. Siwy spokojny, po prostu olewa. Jazda na kontakcie to jednak dla mnie na razie kosmos, ale starałam się trzymać ten kontakt stale i łagodnie, w kłusie nie było źle, miałam nawet wrażenie, że on sam zaczął ten kontakt trzymać, ale oprócz tego sterowalność raczej mierna. Udało mi się bardzo szybko dogadać z nim na cztery fazy do ruszania, więc kłusował na delikatne przyłożenie łydek, ale poza tym dość autystycznie: ja sobie, on sobie. No ale nic, terenik miał byc z założenia krótki i raczej kłusowany, ot, poranek w lesie. Olo nawet zapytał, czy mam ochotę na mały galop, ale odpowiedziałam, że nie, więc nie. Potem jednak wyjechalismy na ładną, piaszczystą drogę... I podkusiło mnie. Przyłożyłam łydkę na próbę, zagalopował bardzo ładnie, och, pomyślałam, skoro chcesz, to pogalopujmy :) Zbliżyliśmy się do Emana, krzyknęłam z daleka, że jednak galop byłby fajny, Olo zagalopował, chwilę galopowaliśmy spokojnie z Emanem na czele, potem Siwy zaczął się zbliżać, wyprzedzać Emana... I ja na to pozwoliłam z uśmiechem na twarzy, niech się chłopcy pobawią. Nie doceniłam Siwego. Natychmiast mnie ocenił, wyprzedził, przyspieszył i równym, mocnym galopem wydarł przed siebie. Próbowałam go nieco hamować, ale nie było o czym mówić, naparcie na wędzidło, zbieramy sie jeszcze bardziej i drzemy przed siebie. Droga wąska, leśna, na koło nie ma go gdzie wprowadzić, przecież nie wjadę między drzewa, bo się zabijemy, głównie ja. Wypatruję jakiejś krzyżówki, która by go zwolniła, ale nic z tego, krzyżówki brak. Tak naprawdę czułam sie bardzo dobrze, przyjemnie podniecona, wiedziałam, że zabiera się do stajni i w końcu tam dojedzie, baranów brak, po prostu równo przed siebie, a wiatr nawet przyjemnie wieje w uszach. No niemniej głupio tak kompletnie poza kontrolą, tym bardziej, że ścieżka zrobiła się nieco zarośnięta i trzeba było zwracać uwagę na gałęzie. Uff, przeszedł do kłusa, odetchnęłam, za mną cicho, ale za chwilę usłyszałam skoki galopu Emana, no i nie było siły, ruszył znowu, więc z rezygnacją się zabrałam, wypadliśmy na piaszczystą drogę, zwrot w prawo, rany, ciągnik, Siwy wrósł, a ja w takim zwolnionym tempie zsunęłam się po szyi i ległam u jego kopyt. Nic mi się nie stało, tylko prawym obcasem stłuklam sobie piszczel lewej nogi. Siwy dość łatwo dal sie złapać, obyło się bez ofiar, chociaż Olo minę miał nietęgą. Oczywiście, moja wina, od zignorowania żarcia trawy przy siodłaniu do pozwolenia na wyprzedzanie z własnej inicjatywy. Poniosły mnie emocje, ten galop był taki przyjemny, a mogło w sumie skończyć się różnie. Nie zachowałam się, jak na naturalistę przystało. Wstydź się, dziewczyno, narażać tak siebie i męża! Diabeł podpowiada jednak, że warto było... Wiatr mnie poniósł...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz