10 paź 2006

Koński prezent

W naszej stajni pojawił się nowy pensjonariusz i wczoraj trochę wprosił się na mój wieczorny teren. Szczerze mówiąc korciło mnie, żeby powiedzieć nie – bo i koń nowy i właściciel nieznany i nie wiadomo jak oboje zachowują się w terenie, i ciemno się robiło, a oni bez źródła światła – jednym słowem z założenia nie wyglądało to na bezpieczny spacerek. Ale postawiłam się w sytuacji nowej osoby i koniec końców nie wyraziłam sprzeciwu. Jak się potem okazało, cala wyprawa była sporym testem dla mojego ogona.

Mentoś, jak przystało na zakochanego (obecnie w Heroinie, co jednak może się zaraz zmienić) „prawie-ogiera” jest w dość rozchwianym stanie emocjonalnym – przed wyjazdem musiałam trochę doprowadzić go do porządku – krótkie przestawianie, trochę odangażowania zadu, energiczne jojo i stwierdziłam, że możemy jechać.

Tempo było dość energiczne, bo Mentoś był podbuzowany obecności nieznanego konia i dość wrażliwy na najeżdżanie na zad – musiałam się ostro natrudzić, żeby spełnić postulat „protect your herd of two”.

Tytułowy prezent wydarzył się, gdy wyjechaliśmy z zakrętu na długą prostą, towarzyszącą nam para pojechała przodem i zamiast umówionym kłusem – galopem. Na początku przez zapadające ciemności wcale tego nie zauważyłam, ale kłus mieliśmy całkiem wyciągnięty a towarzystwo ciągle nam uciekało. I mój koń, który jeszcze na wiosnę miał problemy z utrzymaniem kłusa i ciągle przechodził w galop, widząc przed sobą niknącego w oddali w galopie innego konia, ku mojemu pozytywnego zaskoczeniu nie złamał chodu. Oczywiście, czułam jego pytania ”może jednak galopem?”, ale nawet nie musiałam go przytrzymywać – wystarczyło dalej jechać ciałem kłusem i lekkie pogłaskanie po szyi, na zasadzie „you are doing all right, my friend”. C-U-D-O, tym większe, gdy zdałam sobie sprawę, że to efekt naszej wspólnej pracy i zaufania – bo z jednej strony – on najpierw pytał, a ja nie łapałam za wodze, ale ufałam, że spełni swoje obowiązki (czyli utrzymanie zadanego chodu i kierunku) i byłam gotowa, żeby w razie niepowodzenia skorygować.

Cały teren był jednym wielkim sprawdzianem dla ogoniastego, bo po pierwsze koń był nowy i nie był klaczą – czyli zgodnie z zasadami „świata według Mentosia” z założenia był wrogiem numero uno, którego należało przy pierwszej nadarzającej się okazji zbić na kwaśne jabłko. A po drugie nowa para delikatnie rzecz ujmując nie przestrzegała końskiego bhp – wjeżdżanie w zad i wyprzedzanie bez uprzedzenia były na porządku dziennym. Naprawdę dostałam wielki prezent od mojego konia.

Z jednej strony jestem dumna z Mentosia, że przeszedł śpiewająco przez ten test, ale z drugiej strony obiecałam sobie, że więcej nie będę go tak sprawdzać – celowo czy też jak w tym razem przypadkowo. I będę chyba się trzymać zasady indywidualnych terenów, bo dobry teren to bezpieczny teren, a o ten warunek jak widać czasem ciężko, gdy jedzie się w towarzystwie.

2 komentarze:

Dot pisze...

Swoją drogą, nawet w dwie zaprzyjaźnione pary tereny bywają nie takie, jakbyśmy chcieli, choćby z tego względu, że rozwiązując jakiś pojawiający się problem masz poczucie - czasem wyimaginowane - presji drugiej pary, która po prostu nudzi się i nie ma co ze sobą zrobić. Ja dopiero teraz doszłam do etapu samotnych terenów (sprawdziłam dziś Emitera w ręku, przeszedł przez cały las jak cielę, za mną albo na wysokości mojego barku, bardzo rzadko wyprzedzając, nie domagając się powrotu do stada, synchronizując się ze mną i bardzo ładnie, lekko i czujnie wykonując postawione przed nim zadania, dopiero teraz widzę, że jest gotowy do samotnego noszenia mnie na grzbiecie). Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że idealne z punktu widzenia zadaniowo-przyjemnościowego są tereny typu jedziemy oddzielnie, ale spotkajmy się na dębowej łące, tam sobie poćwiczymy i popas, potem dwiema drogami dojedziemy do prostej galopowej, wspólny galop, rozjeżdzamy się kłusem w dwie strony, coś w tym rodzaju. Aczkolwiek też widzę coraz bardziej, że PNH jest bardzo indywidualne, każdego dnia ty i koń jesteście gdzieś indziej, macie inne łamigłówki do rozwiązania, i nawet naturalny partner może być po prostu na zupełnie innym etapie. On skraca konia, a ty wydłużasz, on ma problem z przechodzeniem przez zwalone drzewa, a ty z wchodzeniem do wody - chociaż wtedy może można zadziałać jako "dobry przykład innego konia" lub po prostu spędzić undemanding time ze swoim koniem...

Malgosia i Mentos pisze...

Do tego potrzebny jest tylko jeden warunek - drugi naturals w stajni. A taki komfort to chyba tylko Beata z Sara maja...