Może próbowałam zrobić za dużo jednocześnie... Wprowadziłam nam dziś dwa carrot sticki, jeździliśmy tak może dwa razy w życiu. Tym razem bez strzemion, w stępie i kłusie. Na początku nieco chaosu, Czarny oswajał się z nową pomocą, ja oswajałam się z kompletnym brakiem wodzy (luźna wodza luźną wodzą, a jednak człowiek podświadomie jakoś tam na niej polega, stresuje się, usztywnia jak koń przyspiesza, a tu żadnego sznurka, nie mówiąc o tym, że prawie zdekapitowałam się na początku tymi dwoma cs). Po jakimś czasie w kłusie zaczęło być miękko i harmonijnie, wywijaliśmy sobie rożne kółka wokół tyczek, biegaliśmy wokół kwadratu wyznaczonego czterema tyczkami z celem samodzielnego wzięcia odpowiedzialności przez Emitera za chodzenie po kwadracie, nie musiałam dotykać Czarnego cs, ale jednak jakiś niedosyt... Nie zrobiłabym zakrętu bez cs, na samej łydce i koncentracji uwagi. Cs był coraz lżejszy, czasem tylko zdjęcie z ramienia i dojście do pionu po danej stronie, ale w Czarnym nie było tej "energii skrętu", dopóki nie pojawiał się cs gdzies w perspektywie. Może ja za dużo chcę na pierwszy raz... Niby dobrze, niby postęp, niby łeb opuszczony, ale tak w tym serca nie było, że aż chciało się wyjść z kina. Konie pasły się tuż obok, Emiter był nawet dość posłuszny, ale przy każdym zatrzymaniu było widać, że właśnie tego chce, świętego spokoju. Każdy ruch do koni był o wiele bardziej energiczny niż od nich. Niby otwartego oporu brak, ale tak niechętnie...
Potem powrót do luźnej wodzy, cs w trawę i nadal bez strzemion koła w galopie z wizją utrzymywania chodu, którego Emiter na padoku nie lubi, coraz dłużej i bardziej odpowiedzialnie. I tu już jakieś kompletne niepowodzenie. Przechodzenie do kłusa przy koniach. Usztywnianie się dramatyczne. Rosnący opór. Zrobił w końcu te dwa koła bez łamania chodu na jedną i na drugą stronę, nagrodziłam, ale to tylko nogi zrobiły, głowa była na nie! Oczywiście, abstrahując od wszystkiego, nie zabrałam się do tego ćwiczenia dobrze. Jak samowolnie przechodził do kłusa, to nie powinnam podnosić go znowu do galopu z kłusa, tylko zejść do stój i wysłać go energicznie w galop jeszcze raz. Tak sądzę, na podstawie analogii z zabawą w okrążanie z ziemi. Diabli wiedzą. Tak w każdym razie zamierzam zrobić na następnej sesji, zobaczymy, jakie będą rezultaty.
Zrobiłam coś tam jeszcze i jak już doszłam do tego, że miałam ochotę urżnąć Emiterowi głowę za ten kompletny brak porozumienia między nami, to zsiadłam i poszłam sobie w cholerę, bo w takim stanie można najwyżej wszystko zepsuć, a nie naprawić cokolwiek. Siadłam w kącie pastwiska i próbowałam uporządkować myśli. Przyszedł po jakimś czasie, popatrzył, skubnął mnie w rękę, pomerdał nosem od niechcenia w leżącej przy mnie linie i odszedł się paść. Jakby chciał powiedzieć "daj spokój, nie przejmuj się tak, jak się nie przejmuję". Łatwo mu gadać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz