24 paź 2012

Nie ma tego złego


Wczorajszy plan był - jeżdżę. I nawet częściowo został zrealizowny, bo osiodłałam Truskawkę. Ale jak doturlałyśmy się na ujeżdżalnię, plan odszedł w niebyt. Nie przestawiłam się jeszcze na tryb ciemno-jesienno-zimowy i brak mi siły woli do przewalczenia wygodnictwa. Ponuro, nieprzyjemnie, kto ma chęć wsiadać? Ja nie. Ale skoro już tam byłam, głupio by było po prostu zawinąć się i wrócić do domu, więc wzięłam czarną na linę  (ja teraz z lenistwa używam tylko liny 14 metrowej - z lenistwa, bo ona nie nabija się piachem i nie muszę jej potem czyścić).  Ale nie o linie chciałam pisać.

... co by na dobre nie wyszło  

Skończyłyśmy, odpięłam linę, a czarna stoi przy mnie i pyta: "co dalej?".  No przecież nie mogłam zignorować takiego zaproszenia! Ciemność-ponurość odeszła w przeszłość, a my zajęłyśmy się wzajemnym zgadywaniem swoich życzeń.  Jej główne życzenie to było ciasteczko - jak to zrobię, dostanę? A moje? Moje były różne: chody boczne w różnych konfiguracjach, stick to me, cofania z każdej strefy, nawet piątej, yo-yo. A ona bez zająknienia wszystko to robiła, tak płynnie przeszła z liny na bez liny, że aż łapałam się na chęci sprawdzania, czy faktycznie tej liny nie ma. 

Nasz pierwszy raz. Gęba mi się śmiała przez całe 30 km do domu. :)

Brak komentarzy: