21 paź 2012

Lepiej nie mieć niż mieć

Jest takie powiedzenie:
Od przybytku głowa nie boli

Czy aby na pewno? Najczęściej wspominam to zdanie wypowiadane przez właściciela pensjonatu, w którym uprzednio leczyliśmy... eee... trzymaliśmy konie. Tak skwitował fakt pokrycia kilku prywatnych kobył, z powodu niezabezpieczenia odpowiednich ogrodzeń wybiegów ogierów. Dla niego problem nie istnieje, bo przecież jak się źrebol urodzi, to można go sprzedać handlarzowi. Czysty zysk. Całe szczęście mnie (a dokładniej - Bryś i rudą, czarna jeszcze nie była nasza, choć szczęśliwie i jej się upiekło) ten doskonały interes wtedy ominął.

Drugi przykład (i to nim jest indukowany ten wpis) to temperatura, którą ludzie sobie w mieszkaniach generują. Spędzam dzisiejszy dzień w domu, zakopana po uszy w matroidach (dla niewtajemniczonych: to temat mojego dyplomu). Dopadło nas (jak widać po moim wczorajszym wpisie) chwilowe znaczne ocieplenie. Jest całe kilkanaście stopni dość powszechnie znanego Celsjusza. Na plusie, oczywiście. Zapewne nie przeszkadzałoby mi to specjalnie, ale... Sąsiedzi tego nie zauważyli chyba. Kaloryfery mają z pewnością rozręcone na maksa (i otwarte okna), żeby było ciepło i świeże powietrze (cytat). Moje narzekanie nie spotyka się ze zrozumieniem, powinnam się cieszyć przecież, że mam fajne, ciepłe mieszkanie (cytat). Ale ja nie chcę! Wczorajsza noc wyglądała tak: okna otwarte, balkon otwarty na oścież, kaloryfery oczywiście zamknięte na głucho (w zeszłym sezonie włączyłam je bodajże RAZ), a ja nie mogę zasnąć z gorąca, pod cienkim kocem, przy samym balkonie. Nawet w lecie tak nie było. Zdecydowanie wolałabym mieć chłodniej. To nie problem przecież, założyć sweter. Użyć kołdry zamiast koca, albo i koca na kołdrze. Dlaczego trzeba chodzić w domu w podkoszulku? Nie pojmuję. Nie ogarniam. Tych cieplików, ich zdecydowanie wolałabym nie mieć.

Trzecim przykładem jest przemiły sklep internetowy (koński zresztą), w którym, ilekroć dokonam zakupów, jestem bezwarunkowo wciągana na spam-listę. Za każdym razem cierpliwie Pani tłumaczę, że trafię do jej sklepu, skoro już tyle razy trafiłam. Ale to informacje o promocjach! Jak można tego nie chcieć?

Nie chcę też gratisowej wiązki reklamówek, oferowanej mi w sklepie do każdej bułki. Radzę sobie z naprawdę minimalną ilością. Nie, dziękuję. Zdziwienie na twarzy jest zwykle niesłychane - ale nie trzeba płacić! Wszystkie te atakujące promocje, świat bywa taki hojny... dają, to brać przecież.

Mogłabym wymyślić jeszcze inne przykłady na przybytek, od którego boli głowa, ale nie chcę Drogich Czytelników katować całą kolonią tasiemców, bo mi jeszcze ktoś z dobrej woli zapoda prazikwantel w komentarzach.
Odbija mi z gorąca :P

Czy naprawdę jestem taka dziwna? A wy? Nigdy nie zdarza się, że wolelibyście czegoś nie mieć niż mieć, a ludzie wokół nie mogą tego pojąć?

Brak komentarzy: