Ostrzegam lojalnie - dzisiejszy odcinek mało koński, a bardziej pourlopowo-refleksyjny. Czasem może się zdarzyć, nawet najbardziej ukonionemu ;)
Wróciliśmy niedawno z niezwykłych gór, jakimi są włoskie Dolomity. Było dużo niesamowitego piękna przyrody - te góry wyglądają, jakby się miały rozsypać w najbliższym czasie... a przy tym, jak to górom, majestatu im nie brakuje, szczególnie jak w spektakl włączą się chmurki. Pogoda dopisywała... różnorodnością ;)
Było też dużo konfrontacji ze sobą.
Z wytrzymałością fizyczną, podczas dwunastogodzinnej wyprawy wokół wyrastających nad okolicą trzech szczytów Tre Cime di Lavaredo, z której wracałam ledwie powłócząc nogami, po zachodzie słońca i wschodzie księżyca. Niektórych widoków nie da się utrwalić na zdjęciach... Mam nadzieję, że zapamiętam je na długo.
Z wytrzymałością psychiczną, kiedy w trójkę, z siostrzyczką i bratem zdobywaliśmy niedostępną Torre di Toblin, przechodząc drogą, którą przebywali w czasie I Wojny Światowej austriaccy żołnierze - strome ściany, przepaście, mokre od deszczu wapienne skały, pozostałości drewnianych drabinek, zwoje przerdzewiałego druta kolczastego - i krzyż na szczycie, jak znak zwycięstwa. Nad przyrodą, nad górą, nad sobą. Ta droga prowadziła w jedną stronę - kiedy przeszliśmy kilka pionowych odcinków, małe, kruche figurki śmiesznie oplątane sznurkami - wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Musimy iść dalej, wejść na szczyt i liczyć na to, że droga zejściowa będzie łatwiejsza (ktokolwiek trochę chodził po stromych górach, wie na pewno, że wejść jest dużo łatwiej niż zejść...).
Jak w życiu - czasem, chociaż ciężko, trzeba iść przed siebie, przepinać klamry, nie myśleć zbyt wiele, uważać na kroki. Liczyć na to, że mgła rozwieje się i nagrodzi upór piękną panoramą - i samotnością na szczycie, na którą w słoneczną pogodę trudno byłoby liczyć :)
Mogliśmy przecież wrócić do schroniska, kiedy zaczęło padać i przywitała nas mokra, pionowa ścianka. Mogliśmy wypić herbatę i wrócić do reszty drużyny. Poszliśmy...
~~***~~
Tak, wsiądę na Campinę :) Czas skończyć odkładanie wszystkiego na nieokreślone "potem".
A co do tego wszystkiego ma temat tego wpisu? Takie warunki nastrajają do refleksji. Do myślenia, nad tym, co istotne, co trochę mniej. Kim jestem. Co mam dla świata, dla mojej klaczki, kim ona jest dla mnie. Love... czy można udawać Miłość? Byłoby chyba najłatwiej. Ustalić czytelny, jasny Język. Być dobrym, sprawiedliwym Przywódcą. A Miłość? Po prostu być łagodnym i spokojnym. Może o to chodzi? Może nie trzeba Miłości, by koń znalazł oparcie w człowieku i rozwijał się. Może wystarczy... profesjonalizm? Spędzenie odpowiedniej dawki undemanding time, umiejętne pomachanie kilkoma strasznymi przedmiotami nad głową...
Mam wrażenie, że Miłość wszystko utrudnia.
Bo Miłość to też niepewność - czy Ty też mnie kochasz? A może nie jestem Ci potrzebna? Może lepiej będzie Ci beze mnie, rozwiniesz swoje Skrzydła... może Cię ograniczam?
A jednak... Przecież to wszystko warto tylko ze względu na Miłość. Przecież nie po to, żeby sobie Pogadać, żeby sobie Porządzić, mamy swoje konie... swoich życiowych Towarzyszy. Czy to tylko ja? Może są tacy, którzy skutecznie udają Miłość, a tak naprawdę chodzi im o dominację - może są skuteczniejsi?..
Nie oddam ani chwili spośród tych, kiedy drapałam Cię po kłębie, moje rude Słoneczko. Ani chwili, kiedy siedziałam, patrzyłam jak jesz trawę i nie myślałam o tym, że to właśnie jest undemanding time. Nawet jeśli jestem mało skuteczna i czasami odrobinę nudna. Nie oddam ani chwili spośród tych, kiedy szliśmy za ręce, kiedy rozmawialiśmy wieczorami, kiedy pokazywałam Ci góry, kiedy Ty pokazywałeś mi wodę. Będziesz zawsze. Przyjacielu.
Temu, który nigdy tego nie czyta... i mojej Miłości, która wszystko utrudnia.
3 komentarze:
Bardzo ładnie i mądrze to napisałaś. Jakoś nigdy o tym nie myślałam, ale masz rację, miłość wiele rzeczy utrudnia. Ale jednocześnie wiele czyni bardzo przejrzystymi. A jak trudno połączyć jest love z leadership. Bo miłość to też skłoność do ustępstw, a czy leadership na tym nie cierpi?
Dea normalnie łzy mi popłynęły...
Wiele razy nachodzą mnie takie myśli. Czy to wszystko ma sens, że prościej byłoby nie kochać. Albo, że futrzaki to tylko kłopoty. I przeważnie w takiej chwili przychodzi do mnie mój pluszowy nochal, przytula się do mojej szyi i zaczyna chuchać... i pokazuje pierwsze L z LLL. I już wiem po co to wszystko :-)
Prześlij komentarz