Wczoraj znowu przeprowadziłyśmy konie.
Miejsce, które jeszcze rok temu nazywałam rajem, okazało się po bliższym przyjrzeniu od rajskich warunków odbiegać - na dodatek coraz szybciej. Dużo by pisać... Jednym zdaniem: dobry "koniuszy" to 90% dobrej stajni. Człowiek, który wie, jak należy o konia dbać, czego mu potrzeba, jakie są jego wrażliwe punkty. Komunikatywny, żeby właściciel zwierzaka nie czuł się jakby rzucał grochem o ścianę. Dbający o los kopytnych, sprawdzający, czy wszystko w porządku...
Trudno znaleźć kogoś takiego i jednoczesnie uczynić go gościem od wideł i gnoju. Takie mam przemyślenia na temat stajni idealnej... i kandydata na idealnego koniuszego na oku - co z tego, skoro stajniom szkoda kasy. Lepiej zapłacić widłowemu i liczyć na to, że koniom nic nie będzie...
Decyzja o przenosinach zapadła bardzo szybko - głównym powodem była niestabliność rutyny opieki nad końmi i podejrzanie duża ilość kolek. Przypomniałam sobie zdanie: nie ma kolkujących koni, sa stajnie, w których konie kolkują... i zadałam sobie pytanie, jak długo jeszcze będę ryzykować zdrowiem i życiem Campiny, Wiedźmina, Brytanii... bo jeden z koni przypłacił życiem te nieporozumienia.
Nowa stajnia od poprzedniej jest niedaleko - przeszliśmy w cztery sierściuchy piechotą. Czy jest idealna? Nie jest. Nie podobają mi się ogiery (ha, mam klacz ;) a to stamtąd dwie kobyły przyniosły nieplanowane źrebole rok temu :/) - chociaż odgrodzone są lepiej. Nie podoba mi się zamknięcie pastwiska - na tasmę, bez prądu nawet, jedno taranowanie tegoż już mamy zaliczone. Ale to jest szczegół, może się uda ustalić. Nie podoba mi się brak wody na padoku - będziemy negocjować. Nie podoba mi się też hmmm... no właśnie, że nie ma takiego koniuszego, któremu można by zaufać. Zobaczymy. Stajenny nie jest zły... chyba. Hm. Zobaczymy. Tak.
Trzymajcie za nas kciuki...
5 komentarzy:
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że idealna może być tylko własna (chyba Paulina kiedyś to gdzieś napisała). Niestety, dla większości jest to nieosiągalne.
..tylko własna i tylko obsługiwana przez siebie. Teraz pytanie, ile masz koni - mój koń nie jest szczęśliwy w małym stadzie. Widać to już po pierwszym dniu, pcha się do nowych koni, nawet kosztem licznych pogryzień na dupsku.
A więcej koni, to większy teren. Większy teren, to poza miastem i problem pogodzić z pracą zarobkową - stajnia to nie źródło dochodu a raczej bezdenna studnia... Więcej koni to też pensjonat i obciążenie jeszcze większą odpowiedzialnością niż przy własnych koniach.
Trzeba by jeszcze mieć swój owies, siano, słomę. I być rolnikiem na tyle "kumatym", żeby się udawało mimo zmiennej pogody.
To nie takie proste...
...co rzec chciałam - może się okazać, że nawet własna nie idealna :| Czego boleśnie doświadczyła szefowa naszej ex-stajni - która naprawdę miała wielkie plany i szczytne ideały, dla dobra własnych koni i koni znajomych. Chcieliśmy dobrze - a wyszło jak zwykle....
...w nieco czarnych barwach pozdrawiam...
Ja się przychylam do zdania, że idealnych stajni nie ma... Pytanie zawsze tylko, czy ten konkretny rodzaj niedoskonałości nam odpowiada, czy nie. Mam nadzieję, że teraz na taki akceptowalny traficie!
Stajnia, w której mieszka Teo też jest nieidealna. Ale stoimy już w niej dwa i pół roku - bo cały czas "czynnik ludzki" przeważa na plus. No bo tak - właścicielka ma wykształcenie (zootechnik + wola ciągłego douczania się, pytania, czytania), doświadczenie (od daaawna prowadziła cudze stajnie, trzy lata temu otworzyła swoją), sympatię do zwierząt, jest rzetelna i uczciwa (ten rzadki typ osoby, która powie prawdę nawet niekorzystną dla siebie). Do tego jest stajenny - ten sam od lat, razem pracują, tworzą zgrany zespół. Nie pije, nie pali, zwierzęta lubi, nie, żeby jakoś wiele o koniach (w sensie zdrowia) wiedział, ale wie, kiedy trzeba dać znać właścicielce. Stajenny ma mieszkanie przylegające do stajni. A konie nigdy nie zostają same. Zawsze ktoś jest. Jak się te dwa - trzy razy w roku zdarzy, że konie miałyby zostać same, "dyżuruje" ktoś z właścicieli koni.
Dla mnie to jest bardzo cenne - że zostawiam konia i mam przekonanie, że się nim odpowiednio zaopiekują. Dadzą znać, jak coś (tfu tfu) będzie nie tak, zadzwonią po weta (mają przykazane, że zawsze mogą dzwonić, nawet przy najmniejszej wątpliwości, nie muszą na naszą zgodę czekać), jak będzie trzeba, porobią wcierki czy czego tam koń by wymagał.
No i kontakty z innymi właścicielami koni pensjonatowych też są ok. A to jednak ma znaczenie, choć może nie pierwszorzędne.
Dlatego trzymam się tego miejsca, nawet jak czasem marudzę ;-)
A co do stajennych - tak po obejrzeniu różnych miejsc - widzę jakie ważne, żeby mogli czuć się ludźmi a nie "dodatkiem do wideł", pracownikami a nie wyrobnikami. Pieniądze jakieś niegłodowe, pokój wystarczająco wygodny i godne traktowanie, jak człowieka właśnie. I przez pensjonariuszy, i właścicieli stajni. I jakieś takie czytelne układy "kto jest kim", za co odpowiada itd. Nie, żeby to wystarczyło, żeby stajenny był dobry. Ale bez tego dobry na pewno nie będzie...
Tyle moich przemyśleń ;-)
Powodzenia, Dea!
Klara, Wasz zestaw właścicielka + stajenny brzmi tak dobrze, że aż nieprawdziwie. Zazdroszczę.
ojjj tak, za dobrym stajennym poleciałabym na księżyc z wszystkimi końmi ;)
W tamtej stajni tego własnie brakowało mocno - ten człowiek, mimo naszych prób traktowania go jak partnera (naprawdę!) do nas podchodził niepoważnie - kłamał, nie informował mimo wyraźnej prośby i braku kosztow (puść sygnał, proszę, jak coś się będzie działo, oddzwonię - tak, chcę wiedzieć nawet jak Campinie się przekrzywi włosek w grzywie na drugą stronę) - nie robił tego. Niestety, szefowa też nie. Podejmowała decyzje typu: wypuśćmy konie na zasiany owies, bo chwilowo nie mamy nigdzie ładnej trawy, niech się napchaja zielonego (!!) To jest chyba raczej coś, co trzeba by skonsultować z właścicielami..?
Prześlij komentarz