21 lut 2007

Niedzielne tchnienie wiosny

Nie wiem jak u Was, ale u nas w niedziele zdecydowanie można było poczuć wiosnę. I cieplej się zrobiło, i słonko przygrzewało, ptaszki śpiewały i jakoś takoś wiosennie było.Menio ciągle powinien uważać na nogę, wiec w ramach powolnego wprowadzania do pracy wybraliśmy się na spacer. Z założenia miało być głównie stępikowo, ale wyszło trochę inaczej. Pierwsze kłusiki zrobiliśmy takie po 50m, żeby zobaczyć czy wszystko działa i czy nogi ok. Działało, koń na niewygodę się nie skarżył, wiec pobiegaliśmy sobie trochę na przemian z człapaniem. W połowie zaplanowanej pętli (mniej więcej kiedy byliśmy tak samo daleko od, jak i do domu, energia chyba wzięła górę – i nagle zamiast spokojnych kłusików miałam kłusy dorożkarskie w Mentosiowym stylu pod tytułem „haj-da-ho-lecimy-na-łeb-i-szyję”. Normalnie dałabym pobiec i poczekałabym na uspokojenie głowy. Normalnie, ale że noga pod szczególnym nadzorem i opieką, musiałam zatrzymać te lecenie. Odangażowanie zadu, czekam na oko i uspokojenie. Jest! To idziemy dalej. Kilka kroków stępa, prośba o kłus – łubudu do przodu, trochę spokojniej, ale nadal szaleństwo. Ze stoickim spokojem odangażowałam, poczekałam na oko i spokój. Zawróciłam (ha, Menio już się łudził, że jedzie do domu, a tu taka zmyłka, jestem przewidywalnie nieprzewidywalna:)). Zakłusowałam – duża poprawa, spokój zdecydowanie wrócił, koń był ze mną, a nie gdzieś indziej. Zatrzymałam, zsiadłam, dałam nagródkę do pycha i poczłapaliśmy sobie w stronę domu w pięknym słoneczku. Potem jeszcze raz wsiadłam na chwilę i sprawdziłam kłusa, gdy byliśmy już dość blisko domu, wszystko działało, wiec zsiadłam i poszliśmy w ręku przez wielkie błocka i kałuże do stajni. To się nazywa potęga pozytywnego wzmocnienia:)

3 komentarze:

Dot pisze...

Nas też w niedzielę wzięło wiosennie :) Sprzedaliśmy dzieci sąsiadom i wzięliśmy konie w teren. I nawet nie pozjadaliśmy się nawzajem jak zwykle na tle odmiennych koncepcji terenowania, tylko w idealnej zgodzie zrobiliśmy kilka ładnych pętelek, więc coś najwidoczniej było w powietrzu :) Konie bardzo hop do przodu, ale my też, więc było fantastycznie, z galopami i w ogóle, choć zgodnie z Twoją nomenklaturą, kłusy były dorożkarskie. Za to wczoraj wzięłam Emitera na drugi samotny teren z rzędu i zostałam ukarana za brawurę :) Koń uprzedzał: "słuchaj, ja naprawdę się denerwuję, jestem tu sam, nie pamiętam tych ścieżek, ja już ledwie nerwy na wodzy trzymam, więc uważaj", ja pomyślałam jak kretynek "och, może jak pójdzie kłusem, to trochę pary spuści" i dałam sygnał do kłusa - na ścieżce, na której i tak zawsze mamy nadmiar energii, bo wąska, nierówna i do domu - i natychmiast niemal dostałam galop typu turbo z przyspieszeniem i odpuść mi jeszcze, a pokaże ci, jak potrafię dodać. A jeszcze się ściemniało, te gałęzie na poziomie twarzy coraz słabiej widoczne, więc zrobiło mi sie niewyraźnie, na szczęście wiedziałam, że jest odbicie pod górkę, więc odbiłam, koń stracił impet i pewność, gdzie biegnie i zatrzymał się bardzo łatwo. Postałam trochę, poodychałam i poszliśmy do domu, bez większych zadrażnień... A przecież uprzedzał mnie.... Ale ludź głupi.

Paulina i Holda pisze...

U nas do wiosny jeszcze daleko bardzo, aura zdecydowanie niesprzyjająca. Terenowań cichutko zazdroszczę, ale wierzę ze kiedyś i ja wyjadę gdzies dalej.

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Wiosennie, ale nie-koniowato: w sobotę zauważyłam, że w ogrodzie zakwitły krokusy i wychodzą tulipany. Ludzie, to dopiero luty!